Blogi pisane na obczyźnie – bogactwem polskiej blogosfery

19
włosy krajobraz

Niemal na każdym kontynencie, w przeróżnych zakątkach naszego globu, gdzie tylko jest dostęp do sieci, tworzone są blogi pisane przez Polki. Polska blogosfera na obczyźnie rozrasta się i integruje. Mimo że granice pomiędzy państwami i kulturami zacierają się i z dowolnego miejsca na świecie można komunikować się z resztą globu, wśród blogerów na emigracji widać silną chęć przynależności do grupy osób o podobnej sytuacji – jako przykład wystarczy podać Klub Polki na Obczyźnie, który w ciągu pięciu lat przyciągnął do swego grona ponad 220 blogerek.

Czy blogi prowadzone na obczyźnie różnią się od tych pisanych w kraju? Na ile emigracja determinuje poruszaną w nich tematykę?

We Francji piszą swoje blogi m.in. Urszula Phelep (Urszula Marketing), Beata Redzimska (Vademecum blogera) i Joanna Wojciechowski (Frolonaise). Od kilku miesięcy ze słonecznej Australii swoje posty tworzy Dagmara Hicks (Cała Reszta), w Danii – autorka kulinarnego bloga Raz a dobrze, w Rwandzie (a wcześniej w RPA) Marianna Jędrzejczyk (Marianna in Africa). Blogerki obecne są w wielu zakątkach świata – także w Bahrajnie, Chile, Chinach, Kenii, Malezji, Meksyku, Wietnamie i Urugwaju. Dzięki tym, a także kilkuset innym blogom tworzonym na emigracji czytelnicy mają okazję poznać m.in. obcą kulturę, zwyczaje, architekturę, kuchnię, sztukę czy politykę.

Nawet jeśli blogi nie są stricte poświęcone opisywaniu życia w danym kraju, spomiędzy wersów wpisów można się wiele dowiedzieć o emigracji i obcej kulturze. Czy czytelnicy wiedzieliby, jak w praktyce funkcjonuje australijski system edukacji, gdyby nie wpisy Dagmary Hicks? Czy mieliby okazję poznać urocze kopenhaskie cukiernie i tamtejsze smakołyki, które skrupulatnie opisywała autorka bloga Raz a dobrze? Ile wiedzieliby o nowym prezydencie Francji i sytuacji w Paryżu tuż po pamiętnym ataku terrorystycznym, gdyby nie napisała o tym Beata Redzimska? Czy dowiedzieliby się o rozterkach emigrantek, gdyby Paulina z bloga Pani Emigrantka nie publikowała cyklu wywiadów na ten temat?

Przykłady można mnożyć i wymieniać w nieskończoność, ale jedno jest pewne: dzięki blogom na obczyźnie ich czytelnicy zyskują sporą dawkę wiedzy, a polska blogosfera bez nich byłaby dużo uboższa. Wszak wyjazd za granicę często motywował emigrantki do założenia bloga.

Klub Polki na Obczyźnie zrzesza blogerki z całego świata

W sieci jest dużo wyjątkowych miejsc zrzeszających blogerów, ale tylko jedno skupia wokół siebie blogujące Polki mieszkające poza granicami kraju. Dzieli je wszystko – wiek, wykonywany zawód, status cywilny, wykształcenie, zaś łączy jedno – emigracyjne losy. I właśnie z myślą o nich powstał Klub Polki na Obczyźnie, który z początkowego, nieśmiałego projektu zmienił się w prężnie działającą grupę, przewodzoną przez zamieszkałą w Egipcie Magdę Fou. To właśnie ona wraz z Żanetą Żuchowską założyła w 2012 roku klub Polek, który szybko zdobył uznanie żeńskiego grona polonijnego. Dał bowiem szansę emigrantkom z każdego zakątka świata na poznanie innych obieżyświatek, a ponadto pozwolił im się wykazać kreatywnie i rozwijać pisarskie (i nie tylko) pasje.

Mówi się, że jedynie emigrant jest w stanie zrozumieć drugiego emigranta i jest w tym zdaniu dużo prawdy. Polki, które z różnych przyczyn opuściły kraj rodzinny, znalazły w klubie bratnie dusze, zaprzyjaźniły się, dzielą się swymi radościami i smutkami czy wspólnie radzą w różnych kwestiach. Celem powstania klubu było pokazywanie świata z emigracyjnej perspektywy i przybliżanie czytelnikom odległych kultur, religii oraz szerzenie tolerancji. Ważne było również promowanie pozytywnego wizerunku Polaka, który często jest odbierany niesprawiedliwie, bo stereotypowo. Wiele założeń członkiniom grupy udało się zrealizować i można śmiało powiedzieć, że godnie reprezentują Polskę za granicą.

Warto wspomnieć, że do grupy należy też rodzynek – Piotr Krychniak mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Bo bez mężczyzny Klub Polki na Obczyźnie nie miałby racji bytu…

Ciekawe projekty siłą klubu

Klub zrzesza 227 osób. Żeby się do niego dostać, trzeba spełniać trzy kryteria: mieszkać poza Polską, być kobietą, pisać bloga. Gdy nowa uczestniczka zasili szeregi grupowe, ma szansę nie tylko poznać nowe osoby, ale też brać udział w projektach, które są silną stroną Klubu Polki na Obczyźnie. Klub zrealizował wiele projektów. Do najważniejszych przedsięwzięć można zaliczyć m.in. Projekt Bajki Tysiąca i Jednej Polki – to cykl składający się z 42 bajek wymyślonych przez klubowiczki i zadedykowanych wyjątkowym dziewczynkom.

Inna inicjatywa: „Top 5 ukochanych miejsc” – polegała na pokazywaniu ulubionych miast, miasteczek, wsi, ulic czy nawet przecznic w nowej ojczyźnie. Dużym zainteresowaniem cieszyły się „Dziwne zwyczaje kulinarne w nowym kraju”. Ważnym projektem jest także Kalendarz Polki 2017 – zaprojektowany i wydrukowany na potrzeby klubowe. W najnowszym przedsięwzięciu: „Jak zmieniło się nasze postrzeganie kraju na emigracji” – klubowiczki dzielą się swoimi refleksjami na temat zmian, jakie zaszły w kraju, który zamieszkują. To tylko niektóre wybrane inicjatywy, przed klubowiczkami kolejne wyzwania, lecz na razie są one objęte grupową tajemnicą.

O tym, że członkinie klubu (wraz z członkiem honorowym) posiadają moc, można było się przekonać, kiedy to, nie bacząc na odległość, grupa dziewczyn wraz z Piotrem postanowiła się spotkać w Paryżu na oficjalnym zlocie Polek. Spotkanie to przyniosło dużo radości i dało dziewczynom „kopa” do działania. Po Paryżu klubowiczki odwiedziły Martę w Holandii, a oprócz tego co jakiś czas odbywają się spontaniczne spotkania w mniejszym gronie organizowane w różnych częściach świata. Dla emigrantek są one czymś w rodzaju zjazdu rodzinnego, pozwalającego usidlić tęsknotę i iść do przodu z jeszcze większym entuzjazmem. Spotkania wiele dają również samemu klubowi, bo zacieśniają więzi między dziewczynami. A to jest rzeczą bezcenną, tak samo jak przekonanie o tym, że za miedzą też mieszka Polka i w pełni rozumie emigracyjne rozterki drugiej rodaczki.

Czy blogi na emigracji różnią się od krajowych?

Blogi prowadzone przez Polki na emigracji nie różnią się zbytnio od tych krajowych. „Tak samo opisujemy nasze radości i smutki, perypetie i obserwacje, dzielimy się wiedzą i radami. Może tylko czasem przebija się przez nasze wpisy nostalgia, której nie ma na rodzimych blogach. Mój blog ewoluował – ze stricte parentingowego przerodził się lifestyle’owy. Pokazuję w nim życie we Włoszech takie, jakie jest naprawdę. Bez ściemy i lukru, zawsze zgodnie z prawdą” – przyznaje Sabina Trzęsiok-Pinna, autorka bloga Ratunku, Italia.

Klub Polki na Obczyźnie ciągle się rozwija i zaskakuje uczestniczki coraz nowszymi pomysłami. Z wirtualnej grupy stał się dla członkiń czymś więcej, bo ważną częścią ich życia na obczyźnie. Żeby poznać dziewczyny zasilające jego szeregi, wystarczy zajrzeć na klubowy blog. Blogerki, które mają ochotę znaleźć się w tym gronie, powinny wypatrywać zapisów, o których klub informuje w mediach społecznościowych. Klub można śledzić na Instagramie i Twitterze, dyskutować na facebookowym profilu i przekonać się, że mieszkanie poza granicami kraju ma swoje plusy i minusy, niemniej emigracji nie trzeba się bać, gdyż i ją da się ujarzmić. A że w grupie raźniej, stąd właśnie Klub Polki na Obczyźnie to miejsce absolutnie niepowtarzalne.

Prowadzenie bloga stało się dla mnie odskocznią

Mówi Paulina Kaleta – nauczycielka polonistka, logopedka, szczęśliwa mężatka i autorka bloga Reading my love. Kobieta pełna energii i mnóstwa pomysłów. Marzycielka, romantyczna perfekcjonistka o wybujałej wyobraźni i nieograniczonej kreatywności. Uzależniona od czekolady. Książki to jej życie. Każdego dnia stara się przeczytać kilka stron, bo uważa, że dzień bez przeczytanej książki jest dniem straconym. Interesuje się również fotografią i stara się nie rozstawać z aparatem.Obecnie mieszka w Norwegii.

paulina kaleta

Wyjazd za granicę wcale nie należy do łatwych. I nie mam tu na myśli odpoczynku, wakacji, zwiedzania, ale prawdziwe życie na emigracji. To doświadczenie będę wspominać do końca mojego życia, ale nie zawsze z rozrzewnieniem. Zarabianie pieniędzy, które dają Ci komfort psychiczny i dzięki którym nie ma dla Ciebie ograniczeń, i które w końcu pozwalają Ci zaoszczędzić konkretne sumy – to czasem nie wystarcza. Pieniądze nie są najważniejsze, ale psychika, samopoczucie, to, czy dajemy sobie radę. Niejeden raz miałam chwilę zwątpienia, chciałam się spakować i wracać do domu. I tutaj zadawałam sobie pytanie – do jakiego domu? Przecież męża mam tutaj, w Norwegii, więc gdzie ja niby mam jechać? Po czym brałam się w garść, rozmawiałam z mężem, rodziną, przyjaciółmi i się uspokajałam.

Ogromną odskocznią było dla mnie prowadzenie bloga, który założyłam jeszcze przed wyjazdem. Reading my love powstał z pasji do literatury. Kocham czytać, odkąd pamiętam, a książki towarzyszą mi od zawsze. Mój blog to miejsce, gdzie chciałam się tą miłością i pasją dzielić. Poza tym lubię robić zdjęcia, więc gdzie znajdę lepsze widoki niż Norwegia? Dlatego co miesiąc pokazuję zdjęcia z okolicy, ale też dzielę się nowinkami o tym kraju – czego się dowiedziałam albo co sama przeżyłam (cykl Polishgirl in Norway).

Kiedy zdecydowaliśmy się na wyjazd, wiadomo, na początku miałam mnóstwo obaw. Myślałam, że nie znajdę czasu na czytanie, publikowanie postów, robienie zdjęć. Ale tak dostosowałam rozkład dnia, że udaje mi się godzić pasję z prowadzeniem domu i pracą. Bardziej martwiły mnie papierowe książki, które kocham całym sercem i ciągle uważam, że nic ich nie zastąpi. Zapach papieru jest niesamowity! Owszem, w Bergen jest biblioteka, są polskie książki, ale na trzech 60-centymetrowych półkach. Wyboru jak dla mnie nie ma zbyt wielkiego, chociaż lubię tam zaglądać od czasu do czasu, aby poczytać gazety.

Dlatego z wielkim trudem i długo przestawiałam się na e-booki. Początkowo wiłam się, kręciłam nosem, ale koniec końców chęć czytania okazała się znacznie większa. Poza tym dostęp do e-booka mam w ciągu kilku minut, a na przesyłkę czeka się do 3 tygodni, czasem dłużej. Tak że wyjścia nie miałam i zainwestowałam w czytnik. A dzisiaj po upływie ponad pół roku czytania książek elektronicznych uważam, że to fantastyczny wynalazek i takie czytanie uważam za równie udane.

Sen z powiek spędzała mi również współpraca z wydawnictwami. W Polsce w ciągu jednego tygodnia dostawałam kilkanaście książek. W Norwegii dostałam tylko cztery egzemplarze w przeciągu ośmiu miesięcy. Niestety tak wyglądają polskie realia. Wydawnictw najzwyczajniej w świecie nie stać na przesyłkę za granicę. Bo i po co mają zawracać sobie głowę jedną blogerką na obczyźnie, skoro mają sto osób na miejscu, które chcą zrecenzować książkę? Nie mam o to pretensji i nigdy nie miałam, bo wszystko rozumiem. Nie powiem, czułam jednak lekkie ukłucie, kiedy mi odmawiano już po ustaleniu wszystkich szczegółów i po podaniu adresu do wysyłki. Przez to przeszło mi koło nosa kilkadziesiąt egzemplarzy książek, które bardzo chciałam przeczytać. Czasem pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć.

Po przyjeździe do Norwegii zaczęłam poszukiwać internetowych znajomości. Zainteresowały mnie kobiety na emigracji. Zastanawiało mnie, jak one sobie radzą z tęsknotą za ojczyzną, z codziennością, życiem w obcym kraju. Poznałam kilka kobiet i nasze relacje pozostają przyjacielskie. Chętnie do siebie piszemy, wspieramy się i pocieszamy w trudnych chwilach. Zaowocowało to także dołączeniem do Klubu Polki na Obczyźnie. Mój formularz zgłoszeniowy przeszedł pozytywną weryfikację i od czerwca należę do tej społeczności. Wkrótce na stronie powinien pojawić się mój artykuł.

Po wyprowadzce do Norwegii dużo się zmieniło w moim życiu, ale cieszę się, że nadal mogę poświęcać się mojej pasji, jaką jest czytanie i pisanie o czytaniu. A wszystkim, którzy są akurat na emigracji, życzę dużo zdrowia. Reszta jakoś się ułoży. Bo zawsze na koniec pojawia się tęcza.

Chcę poznać blogosferę czeską

Opowiada Katarzyna Nowosielska. Miłośniczka słowa pisanego i mówionego. Jest zawodowym mediatorem i pomaga budować i naprawiać to, co najważniejsze, czyli relacje międzyludzkie. Prowadzi bloga czasnaziemi.pl, gdzie pisze o tym jak budować dobre relacje w rodzinie i w pracy, jak dbać o swój wizerunek i negocjować. Obecnie przeżywa przygodę życia w pięknej Pradze czeskiej, gdzie jej uwagę pochłania syn Ignacy i mąż po powrocie z pracy.

Katarzyna NowosielskaPraskie krajobrazy zachęcają do prowadzenia bloga. O inspirację do pisania nie jest trudno. Gorzej ze znalezieniem na to czasu.

Zabytkowe, inspirujące miasto, obserwowane podczas spacerów z wózkiem, i chwile w kawiarniach wyrwane dla siebie weekendami i wieczorami – w takich warunkach prowadzę blog za granicą. Mieszkam obecnie w Pradze czeskiej, dokąd wyprowadziliśmy się z Warszawy z mężem i kilkumiesięcznym synkiem na początku 2017 roku.

Praga zachwyciła mnie swoim pięknem. Jest tu mnóstwo kawiarni, w których można przysiąść, wyjąć laptop, spojrzeć przez okno na Zamek na Hradczanach i nic tylko inspirować się i rozwijać zawartość bloga. Do pracy na łonie natury zachęcają też urocze, ciche parki z ukrytymi między drzewami ławeczkami. Ptaki śpiewają w Pradze tak jak nigdzie i tą kojącą dla uszu muzyką też można się zainspirować.

Z takich urokliwych miejsc do pracy można w Pradze korzystać w pełni. Szkopuł tylko w tym, że trzeba mieć na to czas. Bo z małym dzieckiem w ciągu dnia popracujesz w takich warunkach tylko podczas jego drzemek.

Moje blogowanie wyglądało inaczej, kiedy mieszkałam w Warszawie. Blog prowadzę od 2015 roku, ale na poważnie zaczęłam nad nim pracować w roku 2016. Gdy urodziłam syna w sierpniu 2016 roku, praca nie była szczególnie utrudniona. W ciągu dnia, kiedy mąż pracował, nie byłam sama. Ktoś zawsze wpadał do naszego warszawskiego mieszkania. A to moja mama z obiadem i ogromem chęci do opieki nad maluchem. A to siostra podskoczyła odwiedzić siostrzeńca lub koleżanka z własnym szkrabem przyjeżdżała na pogaduchy. Ktoś podjechał, ponosił dziecko, zagadał je, wychodził z nim na spacer, a ty, matko, miałaś czas wykąpać się, umalować czy posiedzieć nad blogiem.

W Pradze to się diametralnie zmieniło. Teraz, kiedy znalazłam się w nowym miejscu, w innym mieście, widzę, że i każdy posiłek w ciągu dnia trzeba spożywać w pośpiechu. Zerkając, czy np. dziecko nie wkłada paluszka do kontaktu.

Katarzyna Nowosielska

Oprócz czasu wyszarpanego na blogowanie podczas drzemek syna blogiem zajmuję się też późnymi wieczorami, kiedy mąż wraz z pracy alby gdy synek już zaśnie. Chociaż wtedy to już najczęściej padam ze zmęczenia. Lepiej więc czasami pisze mi się porankami, kiedy jeszcze wszyscy śpią.

Najefektywniej pracuje mi się weekendami, w soboty. Wtedy mąż zostaje z dzieckiem, a ja wychodzę do kawiarni. Tam rzeczywiście praca wre. Patrzę wtedy rzeczywiście na zabytkową Pragę przez okno i piszę teksty. Zajmuję się social mediami. Z biegiem czasu, gdy synek skończy rok, planuję też zatrudnić opiekunkę do dziecka. Będę miała kilka godzin na pracę w ciągu dnia.

Katarzyna NowosielskaZalety tej sytuacji są takie, że dzięki wyjazdowi za granicę znacznie lepiej się zorganizowałam. Nie siedzę już nad tekstami godzinami, jak to bywało wcześniej. Wiem, że jak dziecko uśnie, mam np. godzinę, muszę się spiąć i zrobić przez ten czas zaplanowaną pracę. Bo później już nie będę miała na nią czasu.

Gdybym nie kochała blogowania, pewnie nie byłoby mnie stać na to, aby zbudzić się przed świtem i pisać. To uczucie do bloga napędza mnie jednak każdego ranka.

Wyjazd i zamieszkanie w innym mieście to super przygoda. Można pozwiedzać, podpatrzeć innych, nawiązać nowe znajomości, nauczyć się języka obcego. Nam nadzieje, że poznam też blogosferę czeską. Muszę jednak nauczyć się nieco czeskiego, niezbędnego do czytania czeskich blogów.

***

Wpis powstał we współpracy z Katarzyną Grzebyk, Pauliną Kaletą oraz Katarzyną Nowosielską.