Spotkanie ze zwykłymi niezwykłymi

78
ludzie w podróży

Gdy kierowca, który właśnie się zatrzymał, żeby dać nam podwózkę, pyta, dlaczego podróżujemy, i to w taki sposób, odpowiadamy: „Gdyby nie autostop, pewnie nigdy byśmy Cię nie poznali. Właśnie dla tej chwili podróżujemy”. Widzimy wtedy uśmiech na jego twarzy i wszystko staje się jasne. Bardzo lubimy ten moment.

podróż

Kiedy zaczynaliśmy wspólne podróżowanie, autostop od razu stał się naszym środkiem transportu. Nigdy ze względu na pieniądze – zawsze z chęci przeżycia przygody, doświadczenia czegoś niespodziewanego, poznania z pozoru zwykłych, a w rzeczywistości bardzo niezwykłych ludzi. Wyruszając w naszą obecną Autostopową Podróż Przez Świat, mieliśmy dokładnie taki sam cel.

Chcieliśmy spotkać na naszej drodze ludzi, których bez autostopu (i jak się później okazało, jachtostopu) nigdy byśmy nie poznali. Chcieliśmy, żeby stali się częścią naszej historii, która bez nich byłaby znacznie uboższa. Wiedzieliśmy, że dzięki nim poznamy lepiej daną kulturę, tradycję, obyczaje, dowiemy się o ciekawych miejscach w ich kraju, o których nie piszą w przewodnikach ani na żadnym blogu. Poznamy ich historie, historie ich rodzin. To oni mieli pomóc nam lepiej zrozumieć dany kraj, a w finale – otaczający nas świat.

Postanowiliśmy również bardzo często korzystać z CouchSurfingu, czyli strony internetowej skupiającej ludzi z całego świata, u których, jeśli przyjmą Twoją prośbę, masz zapewniony dach nad głową, nocleg na krótszą lub dłuższą chwilę, co przede wszystkim jest kolejną szansą poznania lokalnych mieszkańców i ich bliskich.

ludzie

Tak miało być. A jak było? W najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliśmy, że na naszej drodze staną tak cudowne, pełne ciepła, otwartości i miłości osoby, które niejednokrotnie zmienią nasze dalsze plany, wniosą do nich szaleństwo albo spokój, życiową mądrość i doświadczenie, będą troszczyć się o nas jak o własne dzieci, zapewnią wikt i opierunek.

Kiedy dzisiaj patrzymy wstecz – na ponad 1000 dni naszej pięknej podróży życia – nie możemy nadziwić się tym wszystkim spotkaniom, czasami bardzo spontanicznym i krótkim; wdzięczność i szacunek wypełniają nasze serca. Były ich setki i gdybyśmy chcieli opowiedzieć je wszystkie, a pamiętamy dosłownie każde, powstałaby naprawdę opasła książka. Czujemy się trochę nieswojo, wybierając teraz tylko kilka z nich. To tak, jakby okazać wdzięczność i pamięć jedynie niektórym, ale niech będą one reprezentacją wszystkich tych fantastycznych osób, które dane nam było do tej pory spotkać.

podróże

turyści

zwiedzanie

Alex. Chiny

Drugi pobyt w Chinach miał być bardzo krótki. Pięć dni na przejechanie około 800 km. Nie mogło być inaczej, ponieważ nasze wizy do Wietnamu zaczynały się konkretnego dnia i granicy nie mogliśmy przekroczyć ani minuty wcześniej. Jakoś tak wyszło, że daliśmy sobie za dużo czasu na ten odcinek i roztaczała się przed nami wizja spędzenia tych dni gdzieś w drodze – okolica niestety nie oferowała nic ciekawego, same wielkie miasta.

Po przejechaniu ok. 200 km utknęliśmy na małej stacji benzynowej. Robiło się już ciemno i normalnie szykowalibyśmy się do rozbijania naszego namiotu, ale perspektywa spania w towarzystwie szczurów wielkości dorodnych kotów skutecznie zachęciła nas do dalszego łapania stopa. Z ruchem aut było bardzo krucho, ale ku naszej uciesze pojawił się jeden biały samochód. Młody chłopak zaczął tankować paliwo. Poczekaliśmy, aż skończy, i grzecznie zaczęliśmy rozmowę.

Tak naprawdę chodziło nam tylko o to, by spytać, czy nie jedzie 15 km dalej, do kolejnej, bardzo dużej stacji benzynowej. Konwersacja była utrudniona, ponieważ nasz chiński jest prawie tak słaby, jak jego angielski. Używając translatora i naszego listu autostopowicza w lokalnym języku, wytłumaczyliśmy, o co nam chodzi i kim jesteśmy. Zrozumiał. Powiedział, że ma przed sobą jeszcze tylko 5 km, ale z chęcią zawiezie nas piętnaście.

ludzie w podróży Alex

Już od samego początku Alex, bo tak miał na imię, był bardzo poruszony spotkaniem z nami. Widać było, że uruchamia każdą szarą komórkę, żeby przypomnieć sobie wszystko, co potrafi powiedzieć po angielsku. Jeśli czegoś nie umiał, w ruch szedł program do tłumaczenia na smartfonie. Po chwili jazdy zapytał, czy jesteśmy głodni. Po całym dniu w drodze, tylko o śniadaniu i mandarynkach, odpowiedź była twierdząca. Zaproponował, że weźmie nas szybko do swojego miasta na kolację, a później zawiezie na stację. Chwilę się zastanawialiśmy, bo nie chcieliśmy robić mu problemu, ale nasz nowy znajomy właściwie sam podjął za nas decyzję.

Kiedy podjechaliśmy pod piękną restaurację, która z daleka dawała znać, że jest nie na naszą kieszeń, szczerze powiedzieliśmy, że bardzo nam przykro, ale tutaj będzie dla nas za drogo. Alex spojrzał tylko na nas, wyciągnął swój portfel, pokazał na niego i powiedział bardzo naturalnie, bez żadnego zadęcia: „Ja mam dużo pieniędzy, ja płacę za kolację, wy jesteście moimi gośćmi. Często tu jadam”. Poszliśmy.

To, co wydarzyło się później, było dla nas jak gwiazdkowy prezent. Podczas wspólnego posiłku bardzo nieśmiało zapytał nas, używając translatora, czy nie chcielibyśmy zostać u niego na noc, nawet na kilka dni. Tłumaczył, że jesteśmy pierwszymi zagranicznymi turystami, których spotkał, i bardzo chciałby nas lepiej poznać. Chciał nas również przedstawić swojej dziewczynie i rodzinie. Widzieliśmy, ile to dla niego znaczy, i cieszyliśmy się, że możemy przynieść mu tyle radości. Nie chodziło jednak tylko o niego, nam również spadł on z nieba i chętnie mu o tym powiedzieliśmy. Wytłumaczyliśmy naszą sytuację i daliśmy do zrozumienia, że spotkanie z nim jest dla nas cudem.

Następne trzy dni przerosły nasze wyobrażenie o gościnności. Alex był młodszy od nas, ale tak ułożyło mu się życie, że w jego portfelu świeciło kilka złotych kart. Miał swoje mieszkanie, auto i dużo drogich gadżetów. Był przy tym bardzo, bardzo szczodry i niemożliwe było przekonać go, że sami możemy zapłacić chociażby za owoce z bazaru. Każdego dnia odwiedzaliśmy kilka różnych, bardzo drogich restauracji. Dla niego było to normalne, widać, że znali go tam, dla nas – niekoniecznie.

Poznaliśmy też jego dziewczynę, która była tak samo podekscytowana spotkaniem z nami, jak on. Widzieliśmy, jak Alex podpatruje nas trzymających się za ręce czy wymieniających drobne czułości i później stara się to samo okazać swojej wybrance. Cieszyliśmy się z tego bardzo, ponieważ wcześniej ciężko było nam dostrzec przejawy prawdziwej, szczerej miłości wśród Chińczyków.

Zostaliśmy także zabrani na chińską wieś, gdzie czekała na nas jego rodzina – kilkanaście osób. I choć nikt z nich praktycznie nie mówił po angielsku, dzieliliśmy wspólnie wspaniałe chwile. Jako dowód największego szacunku zabito przy nas i przyrządzono dwa dorodne kurczaki, które chwilę wcześniej biegały między naszymi nogami. Dodatkowo, po upieczeniu, zaproponowano nam kurze szyjki będące dla nich wielkim przysmakiem. Nam niekoniecznie było z nimi po drodze, co jednak nie zasmuciło naszych gospodarzy, którzy rzucili się na nie niczym na zawodach.

Momentem, który najbardziej zapadł nam w pamięci z naszego pobytu u Alexa, był wieczór, kiedy połączyliśmy się z rodzicami Adama na Skypie. Na ich widok cieszył się jak małe dziecko. Nazywał ich „ciocią” i „wujkiem” i ze wszystkich sił próbował im opowiedzieć, jak cieszy się, że poznał nas, a teraz także ich. Był wzruszony i podekscytowany. Nie mógł uwierzyć, że rozmawia z naszą rodziną.

Na koniec dowiózł nas na wskazaną stację benzynową, nawet próbował nam złapać stopa. Zrobił zakupy na drogę, zabrał na ostatnie śniadanie i ze łzami w oczach, razem ze swoją dziewczyną, pożegnał. Nas – swoich pierwszych w życiu poznanych obcokrajowców.

Kontakt nam się jednak nie urwał, utrzymujemy go do dzisiaj. My wysyłamy mu zdjęcia z naszych podróży, on pokazuje nam, jak wygląda jego nowe mieszkanie, jak spędza czas w Chinach, jaki nowy gadżet sobie kupił, jak pięknie wygląda razem ze swoją dziewczyną. Jego angielski jest dużo lepszy, dzięki czemu nagrywa nam wiadomości głosowe. Minęły ponad dwa lata od naszego spotkania, ale dzięki WeChatowi widujemy się od tamtego czasu dosyć regularnie.

Przyjaciele z Kuching. Borneo/Malezja

Do przejechania mieliśmy niecałe 20 km. Chcieliśmy się tylko dostać z przedmieść Kuching do centrum miasta. Łapaliśmy stopa zaraz przy skrzyżowaniu, gdzie mijały nas setki aut. Wykorzystując okazję – czerwone światło, Adam podszedł do jednego auta, żeby zapytać kierowcę, czy przypadkiem nie jedzie w interesującym nas kierunku.

Kierowcą okazała się przemiła kobieta, która choć była zszokowana spotkaniem z obcokrajowcem, szybko zaprosiła nas do środka. Kiedy zobaczyła, że oprócz Adama jestem też ja, nie kryła radości. Dostałam mnóstwo komplementów, szczególnie na temat moich bardzo niebieskich oczu. Po dwóch (!) minutach rozmowy nagle zapytała, czy nie chcielibyśmy zostać w jej domu na noc. Tak po prostu.

Niektórym może się to wydać dziwne, innym pewnie wręcz przeciwnie, ale po chwili namysłu, wzajemnej wymianie spojrzeń między mną a Adasiem, zgodziliśmy się. Zachęcała nas do tego także ograniczona relacja z naszą hostką z CouchSurfingu, która – mówiąc w wielkim skrócie – była bardziej zainteresowana spędzeniem nocy na imprezie w towarzystwie litrów alkoholu niż najkrótszą rozmową z nami. Nie czuliśmy się u niej i z nią komfortowo, dlatego i tak planowaliśmy opuścić jej dom.

Spędziliśmy z poznaną Malezyjką jeszcze godzinę, odwiedzając po drodze jej biuro. Okazało się, że jest policjantką. Na koniec spotkania wymieniliśmy się numerami. Szczerze powiedziawszy, nie byliśmy w stu procentach pewni, czy wieczorem znowu się spotkamy. Często bywało tak, że ktoś zapraszał nas do siebie, ale na tej „obietnicy” się kończyło. Umówiliśmy się, że zadzwonimy o osiemnastej.

– Cześć, czy Twoje zaproszenie jest ciągle aktualne?
– Oczywiście! Cała moja rodzina nie może się doczekać, aż was pozna. Zaraz po was przyjedziemy.

Kiedy weszliśmy do ich domu, poczuliśmy, że naprawdę na nas czekali. Od najmniejszego do największego – wszyscy się z nami przywitali, kobiety wyściskały nas, najstarsza z nich, pewnie około osiemdziesięcioletnia babuszka, była całą tą sytuacją nie mniej wzruszona niż my. W kuchni wrzała robota, stół zaczął się zapełniać. Gdyby ktoś popatrzył na nas z boku, pomyślałby, że jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, a znaliśmy się przecież tylko chwilkę.

przyjaciele z Kuching

Szliśmy spać podekscytowani kolejnym dniem, ponieważ poznane małżeństwo postanowiło, że pierwszy raz od dawien dawna wezmą urlop, żeby razem z nami pojechać na całodniową wycieczkę do jednego z parków narodowych na Borneo. Chcieli ten czas spędzić z nami. Najwspanialsze jednak było to, że dołączyła do nas wspomniana seniorka, dla której było to wielkim wysiłkiem.

Po wspaniałym dniu spędzonym wśród egzotycznych zwierząt zapowiedziano nam, że wieczorem będzie wielka kolacja na naszą cześć, która miała być również ostatnim spotkaniem w takim gronie, ponieważ następnego ranka mieliśmy zaplanowany lot na kontynentalną część Malezji. Prosili nas nawet, żebyśmy zostali u nich dłużej, ale zrobiliśmy już plany na kolejne tygodnie i bardzo nam na nich zależało. Dawno nie widzieliśmy tak zastawionego stołu: kilka upieczonych kurczaków, kilka kilogramów baraniny, która rozpływała się w ustach, sałatki, ryż, napoje. Wesele i poprawiny w jednym! I kochana babcia, która co chwilę podchodziła do nas i gestami kazała nakładać więcej.

Niestety po weselu przyszedł czas na smutek. Nie sądziliśmy, że po jednym wspólnym dniu pojawi się na koniec tyle emocji. Babcia płakała i prosiła, żebyśmy wrócili, nakazała Adamowi dbać i troszczyć się o mnie, jej pierworodna córka powtarzała to samo, no i nasza pani policjantka, która odwożąc nas na lotnisko, próbowała ukryć łzy, lecz słabo jej to wychodziło. Nie chciała się nawet z nami pożegnać. Pomachała tylko i życzyła bezpiecznego lotu.

Pozostał nam wirtualny kontakt, wiadomości głosowe, wysyłane zdjęcia. I babcia, która płakała, jak dowiedziała się, że miałam w Kuala Lumpur wycinany wyrostek robaczkowy. Prosiła, żeby do nich wracać i odpoczywać przed dalszą podróżą. Jedno czerwone światło, dwie minuty rozmowy, chwila, która nagle wszystko zmieniła.

Igor. Indonezja/Australia

Zamarzyło nam się dotrzeć do Australii bez użycia samolotu. Dojechaliśmy więc do Indonezji autostopem, żeby później spełnić swoje marzenie i znaleźć na stopa jacht, czyli dopłynąć do Kraju Kangurów jachtostopem. Przez mój wycięty w Kuala Lumpur wyrostek byliśmy na Bali troszkę później, niż planowaliśmy. Sezon na żeglowanie w tamtym kierunku dobiegał końca. Nie poddaliśmy się jednak i 19 września 2015 roku wywiesiliśmy w Bali Marina nasze ogłoszenie.

Nie muszę pisać, jakie było nasze zaskoczenie, kiedy w drugą rocznicę naszego ślubu zadzwonił telefon z propozycją wzięcia nas na jacht. Komplikacje zaczęły się, kiedy okazało się, że ekipa wypływa za tydzień. Nie byliśmy na to gotowi. Mieliśmy już kupione bilety do Malezji, żeby odebrać moje leki wysłane przez rodziców do stolicy i wrócić, przedłużając jednocześnie naszą indonezyjską wizę. Grzecznie odmówiliśmy naszemu rozmówcy, jednak po godzinie zadzwoniliśmy i powiedzieliśmy, że chcielibyśmy się chociaż spotkać i pogadać. Igor, Australijczyk ukraińskiego pochodzenia, zaprosił nas na jacht następnego dnia.

Przez cały wieczór, zamiast świętować dwa lata małżeństwa, przeżywaliśmy propozycję zabrania nas na statek i naszą odmowę. Wszystko tak szybko się działo, a my czuliśmy, że nasze marzenie może się spełnić.

Następnego dnia, w samo południe, stanęliśmy obok pięknego, australijskiego jachtu Sue Sea.

– Hello! Tu Asia i Adam!
– Cześć! Miło mi was poznać. Jestem Igor. Zapraszam was na łódź.

jacht ludzie w podróży

– Słuchajcie, tyle podróżujecie, jesteście już tak daleko. Asiu, chciałabyś napisać książkę? Jak wyobrażasz sobie waszą książkę bez rozdziału o jachtostopie do Australii? To jest jedyna okazja, żeby spełnić Wasze marzenie.

Coś w nas pękło. Łzy napłynęły do oczu i nic już nie było takie oczywiste. Żegnając się z naszym rozmówcą, obiecaliśmy, że jeszcze raz się zastanowimy i najpóźniej wieczorem zadzwonimy z ostateczną odpowiedzią. Mówiliśmy to jednak, już znając jej treść. Wyszliśmy na molo, spojrzeliśmy na siebie, złapaliśmy się za ręce i Adam zapytał:

– Płyniemy?
– Płyniemy.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zadzwoniliśmy do rodziców i do Igora, a następnego dnia przyjechaliśmy poznać całą załogę. To było jak sen. Igor okazał się wspaniałym nauczycielem, wyrozumiałym zarówno dla uczącego się sztuki żeglarskiej Adama, jak i dla mnie, zmagającej się z chorobą morską. Pełen pasji, niesamowitego doświadczenia, po prostu „złota rączka”.

Spędziliśmy na oceanie razem dwa niezapomniane tygodnie. Wiemy, że gdyby nie jego zachęta, która wypływała ze szczerości i sympatii, nasze marzenie pewnie by się nie spełniło. Dzięki niemu mamy jedne z najwspanialszych wspomnień z tej podróży, a na samą myśl o spotkaniu w Bali Marina w sercu pojawia się wzruszenie i poczucie zdobycia upragnionego celu. Piszemy do siebie regularnie, zawsze oczywiście na tematy żeglarskie. Jest z nas dumny, że nie poprzestaliśmy na jednym jachtostopie, że pływaliśmy dalej. Jesteśmy mu też wdzięczni, że mimo braku doświadczenia z naszej strony – dał nam szansę. Najchętniej wziąłby nas kolejny raz na Sue Sea. Kto wie, kto wie…

Chiński Anioł. Australia

Cel był jeden: docieramy z Adelajdy autostopem do centrum Australii, żeby zobaczyć świętą górę Aborygenów, Uluru, i wracamy. Pożegnaliśmy naszą niedawno poznaną polsko-australijską rodzinkę i około dziewiątej rano zaczęliśmy łapać pierwszego tego dnia stopa.

Staliśmy przy bardzo ruchliwej drodze, słońce zaczynało mocno przypiekać nasze nosy, więc tym bardziej marzyło nam się, by szybko coś złapać, choćby za miasto. Po jakichś dziesięciu minutach zatrzymała się mniej więcej pięćdziesięcioletnia Chinka (a może była to Australijka z chińskimi korzeniami?). Nie wiedzieliśmy, czy stanęła tam dla nas, ponieważ zaparkowała dosyć daleko. Kiedy zobaczyłam, że cofa, podbiegłam do auta. W tym czasie zdążyła już wysiąść. Przywitałyśmy się bardzo ciepło i zapytałam, czy jedzie do miasta, które mieliśmy wypisane na naszej tabliczce. Pokiwała głową, że nie, ale zatrzymała się po coś innego.

Wzięła moją dłoń i wsadziła w nią papierowy banknot. W odpowiedzi tym razem to ja szybko chwyciłam jej zgrabne dłonie, żeby go oddać. Nie zgodziła się. Delikatnie, ale stanowczo schowała znowu u mnie australijski papierek, przytuliła mocno, pocałowała w policzek i powiedziała, że chciałaby kupić nam obiad. Potem jeszcze raz mocno mnie uścisnęła, życzyła szczęśliwej podróży i odeszła. Moje oczy zapełniły się łzami. To było niezwykłe spotkanie, nie dlatego, że dostaliśmy pieniądze, ale ze względu na nią. Podczas naszego spotkania jej twarz była tak cudownie uśmiechnięta, wypełniona pięknym, nadzwyczajnym spokojem, przez co nie mogłam oderwać od niej oczu. Wyglądała, jakby znała nas od lat. Tak, to było niesamowite. Czułam, jakbym przytulała najbliższą mi osobę.

pieniądze

Kiedy odjechała, otworzyłam swoją dłoń i zobaczyłam zielony kolor: 100 dolarów… Wzruszyłam się jeszcze bardziej. Nie znałam jej, a miałam w sobie tęsknotę za nią, za tym, żeby jeszcze raz zobaczyć jej twarz. Dostaliśmy od niej bardzo dużo pieniędzy, nie tylko na jeden obiad – akurat tyle wydaliśmy na nasz cały outbackowy wyjazd. Kiedy wspominam tamtą krótką, niespełna dwuminutową chwilę, pamiętam, że czułam się obdarowana, ukochana, zaszczycona. Jestem przekonana, że spotkaliśmy wtedy Anioła, z którym niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia, ale pamięć o nim wyryła się miłością szczególnie w moim sercu.

Kierowca, który tam nie jechał. Tajwan

Do przejechania mieliśmy niecałe 80 km, wracaliśmy z Tainan do Chiayi. O stopa w ogóle się nie martwiliśmy, bo na Tajwanie działa on lepiej niż świetnie. Ustawiliśmy się z tabliczką i zaczęliśmy łapać. Nie minęły trzy minuty i już szliśmy w stronę zjeżdżającego na pobocze auta. Pokazaliśmy kierowcy nasz list autostopowy po chińsku, po czym zapytaliśmy, czy jedzie tam, gdzie my. Bez wahania odpowiedział, że tak, że mamy wsiadać.

Nie mówił za dobrze po angielsku, ale rozmowa na podstawowe tematy kleiła się dosyć dobrze. Mniej więcej w połowie drogi zadzwonił do swojej żony, która lepiej mówiła po angielsku, żeby to ona zamieniła z nami kilka zdań. Od słowa do słowa zapytała, gdzie jej mąż ma nas zawieźć. Standardowo zapytaliśmy, dokąd jedzie, żeby nie musiał nadrabiać drogi. I w tym momencie padły zdania, które zbiły nas z tropu:

– On pojedzie tam, gdzie chcecie Wy.
– Nie, nie. Nie trzeba. Powiesz nam, gdzie mieszkacie?
– Mieszkamy w Tainan.
– Co? Jak to w Tainan? Dokąd w takim razie jedzie Twój mąż?
– Jedzie Was zawieźć.
– Jedzie tylko po to, żeby nas zawieźć?
– Tak, wracał z pracy, zobaczył Was i postanowił, że chce Wam pomóc. Bardzo się cieszy z tego powodu.

samochód podróz

Zamiast radości czuliśmy wielki smutek. Było nam przykro, że człowiek, który cały dzień pracował, zamiast jechać do domu, poświęcił dwie godziny swojego cennego czasu, żeby pomóc obcokrajowcom. Przeprosiliśmy go za całą tę sytuację, ale on tylko kręcił głową z uśmiechem, wyjaśniając, że dla niego to żaden problem.

Kiedy po pamiątkowym zdjęciu odjechał spod domu naszych znajomych, myślałam, że serce wyskoczy mi z żalu. „Ja już jestem na miejscu, a on musi jechać jeszcze godzinę do swojego domu, gdzie od ponad godziny powinien już odpoczywać”, myślałam. I choć długo jeszcze nie mogłam powstrzymać łez, wiedziałam, że zrobił to z czystej dobroci, dając nam wielką życiową lekcję. Na pewno to błogosławieństwo do niego wróci.

***

Kończąc ten tekst, czuję wielki niedosyt. Tak naprawdę każdego dnia spotykaliśmy kogoś, o kim moglibyśmy napisać choć kilka dobrych zdań. Wiemy też, że żadna ze wspomnianych osób ani żadna z tych, które są w naszej pamięci, nie okazały nam serca dla swojej chwały, oklasków, dla dobrego imienia. Zrobiły to dla nas, żeby nam było lepiej, żebyśmy czuli się ugoszczeni, otoczeni opieką, bezpieczni.

ludzie

dziecko

ludzie w podróży

człowiek

Każde takie spotkanie to dla nas najlepsza lekcja człowieczeństwa, tego, żeby swojego bliźniego traktować tak, jak sami byśmy chcieli, żeby nas traktowano. Mamy nadzieję, że już zdajemy ten egzamin i w bliskiej i dalekiej przyszłości nie zabraknie nam dobra i miłości w sercach, żeby kontynuować to, co zaczęli nasi bohaterzy – zwykli, ale niezwykli ludzie.