Wywiad z Anną Sakowicz

33
ANNA SAKOWICZ fot. Karolina Rambowska

Pisanie książek wymaga ogromnej cierpliwości i samodyscypliny. Z Anną Sakowicz, pisarką, autorką kilku powieści i blogerką, rozmawia Katarzyna Grzebyk.

Katarzyna Grzebyk: Spotykamy się na łamach debiutanckiego numeru „Blogostrefy”. Redakcja jest ciekawa reakcji czytelników, tego, czy będą czytać czasopismo i czy spełni ono ich oczekiwania. Czujemy dreszczyk emocji. Zapewne i Tobie towarzyszyły podobne myśli, gdy ukazywała się Twoja pierwsza książka…

Anna Sakowicz: Moja pierwsza książka – zbiór opowiadań i humoresek – to było spełnienie mojego marzenia o pisaniu. Doskonale pamiętam tamte emocje. Kiedy dostałam egzemplarze autorskie, płakałam. Dotykałam książek, wąchałam je i nie mogłam zapanować nad łzami. To było niezwykłe przeżycie. Dzisiaj może wydawać się to infantylne, ale ja byłam przekonana, że jeżeli spełnia się największe marzenie człowieka, to znaczy, że to już koniec, że zaraz przyjdzie mi umierać. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale naprawdę się przestraszyłam. Bardziej chyba bałam się, niż cieszyłam. Do tego oczywiście dochodził strach dotyczący reakcji czytelników.

Z tego względu, że przygodę z pisaniem zaczynałam od prowadzenia bloga, najbardziej zależało mi na tym, żeby książka spodobała się moim stałym czytelnikom. To oni zmotywowali mnie do próbowania swoich sił na rynku wydawniczym. Wiedziałam też, że słabo znosiłam krytykę (nie wspomnę o hejcie), dopiero uczyłam się radzić sobie z ocenami innych. To wszystko spowodowało, że chyba nie umiałam się cieszyć. Strach był paraliżujący. Z każdą książką jednak było już łatwiej. Dzisiaj każda nowa powieść to wielka radość, choć nadal towarzyszy jej niepewność dotycząca reakcji czytelników.

Proponując Ci wywiad, czuję, że odrywam Cię od twórczego zajęcia. Piszesz kolejną książkę, prawda? Uchyl rąbka tajemnicy i zdradź, o czym będzie ta powieść i kiedy się ukaże.

Tak, obecnie pracuję nad powieścią o trzech pokoleniach kobiet. Przyznam, że podczas pisania towarzyszy mi sporo emocji, ponieważ poruszam w niej trudne tematy. Są niespełnione marzenia, niechciane dziecko, konflikty rodzinne. Akcja rozgrywa się współcześnie, a w drugim planie czasowym sięgam do czasów powojennych – do lat czterdziestych i pięćdziesiątych.

Są również dwa miejsca – Warmia i Zachodniopomorskie. Wreszcie piszę książkę, w której część zdarzeń będzie miała miejsce w moim rodzinnym Stargardzie. Obiecałam to kiedyś w Radiu Stargard. Myślę, że to dobry moment na zrealizowanie tej obietnicy. Wprowadziłam też do powieści element metafizyczny, symboliczny. Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, bo książka wymaga jeszcze sporo pracy, zanim będzie mogła trafić w ręce czytelników. Planuję ją wydać na wiosnę przyszłego roku, ale to na razie tylko plan.

To będzie kolejna książka w Twoim dorobku. W pierwszej połowie 2017 roku ukazała się Już nie uciekam, wcześniej Niedomówienia, To się da!, Szepty dzieciństwa, Złodziejka marzeń i Żółta tabletka. Czy pisanie książek jest Twoim głównym zajęciem i codzienną pracą? Czy piszesz codziennie albo regularnie?

Obecnie pisanie stało się moim głównym zajęciem. Tak zarabiam na życie. Oprócz książek piszę opowiadania do pism kobiecych, artykuły do czasopism. Staram się pracować codziennie i systematycznie. Idealnie, kiedy uda mi się napisać dziesięć–dwadzieścia tysięcy znaków dziennie. Nie zawsze jednak to się udaje, czasami mam zły dzień, nie mogę się skupić i wtedy jest to prawdziwa męka. Siedzę i spoglądam na złośliwie migający kursor, nie mogę poskładać myśli. Staram się jednak codziennie spędzać po kilka godzin przy komputerze. Pisanie książek wymaga ogromnej cierpliwości i samodyscypliny.

Czy Twoim zdaniem nawyk codziennego lub regularnego pisania kształtuje tę umiejętność, a więc osoby, które „pracują ze słowem”, powinny ją w ten sposób doskonalić? Podobno Wiesław Myśliwski codziennie stara się napisać jedną stronę.

Myślę, że jest to ważne, chociażby z tego względu, by nie wypaść z rytmu. Codzienne wprawki są konieczne dla zachowania samodyscypliny, a jak wiadomo, bez niej nie da się napisać książki. Ponadto należy je traktować jak ćwiczenia. To one czynią mistrza, pozwalają się doskonalić. Ci więc, którzy marzą o pracy pisarza, muszą się liczyć z tym, że czeka ich wiele samotnie spędzonych godzin przed monitorem komputera. Inaczej się nie da.

Czy swój warsztat pisarski szlifujesz jeszcze w inny sposób, czy polegasz właśnie na regularnym pisaniu?

Regularne pisanie to podstawa, ale staram się doskonalić na różne sposoby. Oczywiście najważniejsza jest praktyka, ale trzeba pamiętać, że nie ma pisania bez czytania. Lekcje trzeba odrobić! Podglądam więc swoich mistrzów. Czytam z inną świadomością niż dawniej. Interesuje mnie nie tylko treść, ale sposób konstrukcji bohaterów, narracja, rozwiązywanie konfliktów, opisy istotnych dla mnie scen.

Sporo też przeczytałam, jak pisać; nie wspomnę o tym, że nieobce mi były podręczniki teorii literatury i poetyki. Ciągle uczę się pisania, więc chętnie korzystam ze wskazówek bardziej doświadczonych pisarzy. Kiedy na przykład pisałam monodram na podstawie Szeptów dzieciństwa, pomagał mi Remigiusz Grzela – wspaniały pisarz i dziennikarz. Nie miałam pojęcia o tej formie wypowiedzi, nie wiedziałam, jak zbudować napięcie ani nawet jaka powinna być długość tekstu. Oczywiste więc było, że musiałam skorzystać z pomocy kogoś, do kogo mam zaufanie. I udało się. Myślę, że powstał dzięki temu dobry tekst.

Jesteś pisarką i blogerką. Kiedy i dlaczego założyłaś blog? A właściwie dwa blogi…

Pierwszy blog (kuradomowa.blogujaca.pl) założyłam pięć lat temu. Wcześniej nie wiedziałam nic o blogowaniu, nie przeczytałam żadnego posta. To był czas, kiedy przeprowadziłam się ze Stargardu (Szczecińskiego) na Kociewie. Musiałam zwolnić się z pracy w szkole. Okazało się, że w nowym miejscu nikt nie chciał mnie zatrudnić. Byłam załamana i w pewnym momencie poczułam się jak stereotypowa kura domowa. Moje życie zawodowe tak gwałtownie wyhamowało, że nie umiałam sobie z tym poradzić.

Wpadłam wtedy na pomysł, że założę blog, w którym będę pisać o tym, jak zostać kurą domową. Chciałam wykpić sytuację, w której się znalazłam. Taki trochę czarny humor, absurd i groteska pozwoliły mi przetrwać trudny czas i oswoić kurę. Po dwóch miesiącach blogowania wygrałam wycieczkę do Szwajcarii, to dodało mi skrzydeł. Zresztą Onet też bardzo mocno promował moje posty. Do dzisiaj mój blog ma około pięciu milionów odwiedzin. Dla mnie to bardzo dużo. Mam najwspanialszych czytelników na świecie. Dali mi sporo siły i zmotywowali do pisania książek. Wielu z nich poznałam w realnym życiu. Z kilkorgiem się przyjaźnię.

Z czasem założyłam drugi – recenzencki. Pisałam o książkach. Rok temu jednak zlikwidowałam ten blog. Nie miałam już na niego czasu, ponieważ doszły jeszcze konta na portalu społecznościowym. Trudno to wszystko pogodzić.

Co daje Ci blogowanie?

Blogowanie uratowało mnie przed depresją – chyba mogę to śmiało stwierdzić. Dzięki niemu mogłam narzucić sobie rytm dnia i tygodnia. Tak jak kiedyś wstawałam do pracy, tak teraz codziennie o godzinie siódmej siadałam do komputera, by dodać post i odpowiedzieć na komentarze. Pisałam siedem dni w tygodniu przez ponad rok. Potem zrobiłam sobie jeden dzień wolny – w niedzielę. Od dwóch lat piszę już trzy razy w tygodniu, ale nadal bardzo systematycznie. Posty dodaję w poniedziałki, środy i piątki. Moim zdaniem systematyczność jest tu ważna. Czytelnicy powinni wiedzieć, kiedy pojawi się nowy tekst. A ja staram się ich nie rozczarować. Odbiorcy książek czy bloga są dla mnie naprawdę bardzo ważni. Bez nich nie mogłabym pisać. Obdarzyli mnie zaufaniem, kupują moje książki, czytają posty, potrafią zmotywować do działania, często też dzielą się swoimi historiami, więc należy się im szacunek.

ANNA SAKOWICZ, fot. Sławomir Sakowicz

W Twoim przypadku pisanie książek zaczęło się od pisania bloga. Obserwuję w blogosferze, że wielu blogerów podąża właśnie tą drogą i marzy o napisaniu książki. Niektóre z nich nawet czytałam… Co o tym sądzisz?

Według mnie to naturalna droga i wcale mnie to nie dziwi. Blogi piszą ludzie, którzy lubią pisać (przynajmniej w jakiejś części), więc naturalne, że ich apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chce się zobaczyć swoje dzieło w papierowym wydaniu. Mieć namacalny znak swojej twórczości.

Blog daje możliwość rozpisania się. Zmusza do systematyczności. Daje także możliwość konfrontowania swoich tekstów z czytelnikami. Informacja zwrotna przychodzi natychmiast. Nic, tylko wyciągać wnioski i uczyć się. Ponadto kiedy wydaje się książkę, ma się już dość spore zaplecze czytelników. To z pewnością pomaga. Wszyscy wiemy, jak wyglądają statystyki dotyczące czytelnictwa w Polsce. O czytelnika trzeba zabiegać, to nie jest łatwy rynek. Książka stała się dzisiaj produktem, a bloger ma tę przewagę nad innymi, że już przy debiucie ma grono wiernych czytelników, którzy kupią jego książkę.

Jesteś jedną z nielicznych pisarek, które przyznają się, że obdarzają swoich bohaterów swoimi cechami i faktami z życia. Aśka z Już nie uciekam prowadziła blog Kura Domowa. Miała też kota Nutusia. Podobieństwa nie są przypadkowe, prawda? Opowiedz, co łączy Cię z bohaterami i faktami ze swoich książek oraz czy Twoja rodzina, znajomi, sąsiedzi czasem mają wrażenie, że to się już gdzieś wydarzyło.

Przyznaję się do tego, bo taka jest prawda. Podczas pisania trylogii kociewskiej skorzystałam z własnych doświadczeń. Przecież moje życie było idealnym materiałem do książki. Wpisało się w schemat literatury obyczajowej. Czterdziestolatka po rozwodzie przeprowadza się w nowe miejsce, szuka pracy, poznaje nowych ludzi… Nic tylko korzystać. Oczywiście moje powieści to fikcja literacka, ale nie ukrywam, że jest w nich kilka elementów autobiograficznych. A kota koniecznie musiałam uwiecznić! (To jedyny „bohater” przeniesiony do powieści jeden do jednego).

Inaczej jest w Szeptach dzieciństwa i w Niedomówieniach – bohaterki nie są mną nawet w części, ale to nie przeszkadza, by obdarzyć je jakimiś swoimi emocjami. W ogóle mam wrażenie, że pisanie służy mi właśnie oczyszczaniu się z emocji nagromadzonych przez lata. Kiedy oddaję je swoim bohaterkom, to tak jakbym je z siebie wydalała. Może to rodzaj autoterapii? Nie wiem. Ale staram się poruszać w książkach problemy, które w jakiś sposób są mi bliskie, dotknęły mnie, poruszyły lub zaciekawiły. Może kiedy to wszystko z siebie oddam czytelnikom, zacznę pisać inaczej?

Należy jednak pamiętać, że żadnej mojej powieści nie można uznać za autobiograficzną. To fikcja z drobnymi epizodami zaczerpniętymi z życia.

Co do moich znajomych, to nie odnajdują się w książkach, bo nie przenoszę ich na łamy powieści. Czasami wybieram sobie jakieś ich cechy, ale to tylko tyle. Moja babcia kiedyś doszukała się swojego podobieństwa z ciocią Zosią, ale to też przypadek, bo kiedy tworzyłam tę postać, nie myślałam o swojej babci. Dopiero gdy zamieszkała z nami, zaczęłam podsłuchiwać, jak mówi i zapisywać sobie jej powiedzonka. To pozwoliło mi urealnić postać staruszki. Nie jest to jednak na pewno moja babcia.

Ostatnio zaczepiła mnie pewna kobieta na ulicy. Kiedy upewniła się, że ja to ja, zapytała, czy mogłabym jej coś wyjawić w tajemnicy. Ściszyła głos, nachyliła się nade mną i dodała konspiracyjnie: „Czy to wszystko z trylogii kociewskiej wydarzyło się naprawdę?”. Kiedy odpowiedziałam jej na pytanie, była lekko rozczarowana. Zdarzyły mi się też pytania o to, gdzie mieszka Blubluś, bo były czytelniczki zainteresowane poznaniem takiego mężczyzny. Z jednej strony są to zabawne sytuacje, z drugiej dają satysfakcję, bo jeżeli czytelnik traktuje bohaterów jak żywych ludzi, to znaczy, że udało mi się stworzyć ich wiarygodne portrety.

Masz bardzo dobry kontakt z czytelnikami. Rozmawiasz, dyskutujesz, prosisz ich o podpowiedzi – jesteś „blisko”. Bariera, która kiedyś odgradzała autorów od czytelników, została przekroczona dzięki mediom społecznościowym. Jak social media pomagają pisarzowi w jego pracy i relacjach z czytelnikami? Czy pomagają Ci zabiegać o czytelnika, o czym wspominałaś wcześniej?

Dzisiaj niestety trzeba zabiegać o czytelnika. Jest tak dużo tytułów na rynku, że trudno się w tym wszystkim połapać. Wydawcy oczekują też od autorów, że będą aktywnie wspomagać promocję książek. Wydaje mi się więc uzasadnione, by pisarze byli aktywni na portalach społecznościowych, choć pochłania to dużo czasu. To pozwala poznać czytelników i ich oczekiwania. Autor informację zwrotną ma niemalże natychmiast po premierze. Oczywiście ma to swoje plusy i minusy, jak wszystko. Może idealnie byłoby skupić się jedynie na pisaniu?

Ja jednak muszę przyznać, że lubię kontakty z czytelnikami, lubię spotkania autorskie, dyskusje, listy od czytelników, komentarze na blogu. Wiem wtedy, dla kogo piszę. Odbiorca przestaje być anonimowy.

Mówisz, że szlifujesz swój warsztat, m.in. czytając książki i podglądając mistrzów. Zdradź, jaki rodzaj literatury najbardziej Cię wciąga i co z niego wynosisz.

Lubię różne książki. Moje fascynacje literackie przebiegały różnymi etapami, ale chyba najbliższy sercu jest mi realizm magiczny. Chciałabym kiedyś napisać książkę w takich właśnie klimatach. Przeczytałam chyba wszystkie powieści Murakamiego, Marqueza, Crummeya. Uwielbiam Grę w klasy Cortázara czy Dotyk Zentnera. To książki, które uwiodły mnie swoim klimatem. Chciałabym kiedyś stworzyć podobny w swoich utworach. Ale zaczytywałam się też w Mrożku, Toporze, Gombrowiczu i Rudnickim, bo zachwycało mnie ich poczucie humoru oraz sposób spojrzenia na świat, bez nadymania się i patosu. Cenię sobie bardzo język i styl utworów Máraia czy Iwasiów (dla mnie to nieosiągalny wzór), niezwykłą pomysłowość Fabera.

Czasami też sięgam po reportaże i biografie, lubię literaturę czeską. Kundera i Hrabal to klasyka, do której lubię wracać. Gdy mam ochotę, sięgam po Bukowskiego czy Houellebecqa, a innym razem wybieram lekką literaturę, dzięki której mogę się zrelaksować. Wszystko zależy od nastroju i potrzeb. Nie stronię też od kryminałów, bo rozrywka też jest mi potrzebna.

Myślę, że z każdej przeczytanej książki czegoś się uczę. Czasami jest to sposób puentowania, kondensacji słów, czasami zbudowania napięcia, przemieszania czasów czy niezwykłej atmosfery.

Podobno każdy z nas nosi w sobie historię, która jest materiałem na książkę.

Na pewno, ale często jest tak, że do swoich historii nie mamy dystansu. Według mnie dobrze jest fragmenty prawdziwych zdarzeń ubrać w ciekawą fikcyjną fabułę, jeżeli chcemy je przenieść na łamy powieści. Oczywiście, jeżeli nie jest to utwór autobiograficzny.

***

anna sakowiczAnna Sakowicz – ur. 1972, blogerka, redaktorka i pisarka; ukończyła filologię polską, edukację filozoficzną i filozofię na Uniwersytecie Szczecińskim oraz edytorstwo współczesne na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W 2012 roku przeprowadziła się ze Stargardu do Starogardu Gdańskiego. Jest autorką książek: Żółta tabletka (2014), Szepty dzieciństwa (2015), Niedomówienia (2016), Żółta tabletka plus (2017) oraz trylogii kociewskiej: Złodziejka marzeń (2014), To się da! (2016), Już nie uciekam (2017). Prowadzi blog: kuradomowa.blogujaca.pl. Pisze również opowiadania do prasy kobiecej, jest redaktorką naczelną pisma pedagogicznego oraz niepoprawną bibliofilką i miłośniczką teatru.