Blogerzy & Wydawnictwa. Współpraca od kuchni.

862
książki

Blogerzy książkowi z zapartym tchem śledzą zapowiedzi i nowości pojawiające się na stronach internetowych wydawnictw. Wiele z tych pozycji z chęcią zobaczyliby na półkach swoich biblioteczek, a po lekturze podzielili się opinią i podyskutowali z innymi czytelniczymi molami. Przedstawicielom wydawnictw z kolei zależy na tym, aby o nowych książkach było głośno w sieci – im więcej (pozytywnych) recenzji i wzmianek w mediach społecznościowych, tym lepiej. Wydaje się więc naturalne, że w punkcie zetknięcia się oczekiwań tych dwóch grup powinno powstać coś na kształt układu idealnego. Czy tak jest rzeczywiście? Przyglądając się z bliska zasadom współpracy i przepytując samych zainteresowanych, dostrzegamy pewną prawidłowość: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Przychodzi bloger do wydawcy

Aby uzyskać pełny obraz „kto, z kim, jak i dlaczego”, kilka pytań pofrunęło do wybranych wydawnictw i autorów, a dla publikujących w sieci została stworzona ankieta. Wzięło w niej udział aż 132 blogerów książkowych – cieszy nas, że zainteresowani tak chętnie dzielili się swoim doświadczeniem i spostrzeżeniami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że największe szanse na współpracę z wydawnictwami mają osoby prowadzące blogi powyżej dwóch lat – to ponad 60% spośród osób wypełniających ankietę, które same określają swoje miejsca w sieci jako „średnio popularne”.

Prawie 40% ankietowanych zdradziło, że jest w kontakcie z 1–4 wydawnictwami, 35% – z 5–10, a niemal 25% ma na swoim koncie ponad 10 partnerów do współpracy. Z inicjatywą częściej wychodzą blogerzy – przeważnie to oni wysyłają wiadomości do wydawców. Ci natomiast przyznają, że posiadają stałą bazę blogerów, jednak są raczej otwarci na propozycje od nowych osób.

Co trzeba zrobić, aby dostać swoją szansę? Na blogach znajdziemy sporo porad na temat właściwej konstrukcji wiadomości wysyłanej do wydawnictwa (konkretna, poprawnie napisana, zawierająca najważniejsze informacje o blogu i jego autorze), wyglądu bloga, regularności publikowania postów, statystyk. Sami wydawcy twierdzą, że dla nich ogromną rolę gra jakość publikowanych recenzji; czytając je, analizują, czy bloger potrafi jasno formułować myśli, zaciekawić czytelnika. Zasięg bloga i aktywność na fanpage’ach również nie pozostają bez znaczenia. Tak pisze wydawnictwo SQN:

Pierwszym elementem, na jaki zwracamy uwagę, jest aktywność blogera. Jeśli treści pisane są regularnie, możemy wywnioskować, że mamy do czynienia z osobą sumienną, której zależy na blogowaniu czy książkach w ogóle, a blog nie jest tylko środkiem do pozyskania darmowego egzemplarza. Czytamy też kilka ostatnich recenzji. Sprawdzamy, czy kandydat pisze poprawnie, czy potrafi uargumentować swoją opinię. Pragniemy, żeby recenzje naszych książek stały na odpowiednim poziomie. W dalszej kolejności zwracamy uwagę na aktywność blogera w mediach społecznościowych oraz zaangażowanie czytelników w życie jego bloga. Wygląd strony właściwe nie gra dla nas ważnej roli. Chyba że układ graficzny bloga zupełnie uniemożliwia czytanie zamieszczonych recenzji.

Współpraca pomiędzy blogerami a wydawnictwami polega przede wszystkim na recenzowaniu otrzymanych egzemplarzy. 75% ankietowanych przyznaje, że poza zamieszczeniem tekstu recenzji na blogu promuje książkę również w mediach społecznościowych. 69% podejmuje się organizacji konkursów z nagrodami książkowymi, 45% obejmuje wybrane książki patronatem medialnym, a 33% dodatkowo przeprowadza wywiady z autorami.

Jakie są z tego pieniądze?

No cóż… pieniędzy w zasadzie nie ma żadnych. W niejednym poradniku dla blogerów marzących o zarabianiu na swoich blogach znajdziemy złotą radę: „ceń się wysoko, nie zgadzaj się na barter”. Wygląda na to, że jak od każdej reguły zdarzają się wyjątki, tak i ta wskazówka nie dotyczy współpracy z wydawnictwami. Aż 98,5% ankietowanych przyznaje, że ich jedynym wynagrodzeniem jest książka. Przeczytanie jej, napisanie rzetelnej recenzji, promowanie na fanpage’ach i nierzadko również zrobienie odpowiednich zdjęć to co najmniej kilka godzin wytężonej pracy. Blogerzy jednak nie czują się pokrzywdzeni – prawie 50% respondentów twierdzi, że taka forma wynagrodzenia w pełni ich satysfakcjonuje, a 40% pisze, że „to zależy”. Tylko nieco ponad 10% otwarcie mówi o tym, że wydawcy wymagają bardzo dużo, w zamian oferując niewiele.

Wynagrodzenie w formie książki jest dla mnie satysfakcjonujące, gdyż mam stałą pracę i wynagrodzenie, a blogowanie jest moją pasją, poza tym kolekcjonuję książki, więc każdy egzemplarz jest dla mnie ważny. Lubię pisać recenzje, kocham czytać – jestem zadowolona i nie marzę o płatnych recenzjach – Katarzyna.

Kiedy rozmawiam z wydawcami o współpracy odpłatnej zazwyczaj słyszę: „Jesteś jedną z wielu. Na Twoje miejsce możemy mieć setki”. Czuję, jakby moje umiejętności i doświadczenie z 6 lat blogowania nie było atutem – MK.

Bloger niestety jest tanią, acz skuteczną reklamą książek LMarta.

Niestety zdarzają się sytuacje, gdy bloger nie otrzyma nawet książki. W przypadku egzemplarzy przedpremierowych 11,5% ankietowanych otrzymuje je w formie e-booków. Z nich tylko 43% za każdym razem dostaje później finalne wydanie papierowe. Wiele książek oznakowanych jest również jako egzemplarze recenzenckie, m.in. za pomocą napisów na okładce lub pieczątek wewnątrz książki. 48% respondentów twierdzi, że nie przeszkadza im takie oznakowanie, 35% – że „to zależy”, a 17% jest z tego powodu niezadowolonych. Nie ma się co dziwić – oznaczone w ten sposób książki nie są przeznaczone do sprzedaży, nie nadają się na prezent, tracą swoje walory estetyczne.

Może wrócę na chwilę do pytania o egzemplarze finalne – niestety niektóre wydawnictwa ich nie wysyłają. Bywa tak, że za szeroką promocję książki bloger nie otrzymuje tak naprawdę nic, bo zostaje nam zaledwie prebook, czasem przed korektą, bez okładki (tzw. szczotka), to niepełnowartościowy produkt. Uważam, że za pracę blogera, czas poświęcony na napisanie i/lub nagranie recenzji etc. wynagrodzeniem powinien być minimum finalny egzemplarz książki – Jerzy.

Oznakowanie egzemplarzy nie przeszkadza mi, jeśli nie jest rzucające się w oczy. Pieczątka, tekst z tyłu są w porządku. Jednakże już takie wielkie paski na okładce psują wszystko, bo nawet zdjęcia się nie chce na bloga wstawiać – Daria.

Tu zgrzyta, piszczy i trzeszczy

Zarzuty wobec blogerów, że polecają otrzymane książki (nawet jeśli te zupełnie ich nie przekonują), bo czują się do tego zobowiązani, są na porządku dziennym. A jednak 99% respondentów ankiety twierdzi, że ich opinie o książkach zawsze są szczere. Przykre jest to, że aż 17% doświadczyło nieprzyjemności po opublikowaniu nieprzychylnej recenzji – ze strony wydawcy bądź samego autora. W pytaniu otwartym blogerzy mogli podzielić się wszystkim, co im leży na wątrobie. Zastanawiające, jak często powtarza się stwierdzenie: „wydawnictwa nie odpisują na maile”. Czy przyczyną takiego stanu rzeczy jest duża liczba wiadomości, nieefektywna organizacja pracy w działach odpowiedzialnych za promocję, czy może lekceważący stosunek do osób publikujących w sieci? Trudno jednoznacznie stwierdzić, w każdym razie – nie wygląda to dobrze.

Co jeszcze? Opóźnienia bądź zapominanie o wysyłce obiecanego egzemplarza, zrywanie współpracy bez słowa wyjaśnienia – to kolejne przykłady przemawiające na niekorzyść wydawców.

Miałam raz taką sytuację, kiedy zostałam potraktowana z buta. Twórca książki, która nie przypadła mi do gustu, uznał mnie za smarkulę niepotrafiącą (mam nadzieję, że dobrze zapisałam to słowo) zrozumieć przekazu jego dzieła. A co najśmieszniejsze – apelował do wydawnictwa, aby wstrzymali ze mną współpracę! Oczywiście zignorowałam te słowa, aby później nie wywiązał się niepotrzebny konflikt, ale pozostaje pytanie: kto tutaj wykazał się dojrzałością? – Aleksandra.

Nie podoba mi się, kiedy wysyłam pytanie lub odpowiedź na maila z propozycją od samego wydawnictwa i nie dostaję odpowiedzi. Albo ktoś proponuje książkę i nagle kontakt się urywa, albo wyśle książkę po kilku tygodniach od rozmowy – Ewelina.

Wydawnictwa różnie odpisują na maile. Rozumiem, że często dostają olbrzymią ilość ofert współpracy, ale często odpisują negatywnie (i wyraźnie w negatywnym tonie), a czasem w ogóle milczą. Trochę to smutne i deprymujące dla początkujących blogerów – Aleksandra.

To, co denerwuje u wydawców, to to, iż nie odpisują w chwili, gdy nie są zainteresowani współpracą, a kultura nakazywałaby odpisać chociaż „Dziękujemy, ale nie jesteśmy zainteresowani podjęciem współpracy”. Kolejna sprawa to zrywanie współpracy bez słowa – jakiż to problem napisać, że nie są już zainteresowani dalszą współpracą? Przestają odpowiadać na maila i wychodzą z założenia, że to wystarczy, by do blogera dotarło, że ma spadać – Michalina.

Jest trochę deprymujące, kiedy wydawnictwo nawet nie kwapi się odpisać symbolicznego „dziękuję” za nadesłaną recenzję – Julia.

Bardzo żałuję, że niektóre wydawnictwa nie odpowiadają na maile. Zarówno dotyczące pytań, jak i z potwierdzeniem odbioru maila z informacją dotyczącą posta o ich książce – Kasia.

A jednak nie taki diabeł straszny

Mimo powyższych minusów aż 63% respondentów w ogólnym rozrachunku przyznało wydawnictwom ocenę „dobrą”. Miło czytać, że są wśród nich takie, które nawet początkującego blogera traktują jak najbardziej poważnie – uprzejmie odpowiadają na wszystkie wiadomości, potrafią przyjąć krytykę, pilnują terminów, zawsze przesyłają finalne egzemplarze, a nawet gadżety związane tematycznie z książką bądź szczególnie przykładają się do estetycznego zapakowania książki.

W rankingu wydawców, z którymi współpraca układa się najlepiej, ta piątka zdecydowanie obejmuje prowadzenie: Wydawnictwo SQN, Wydawnictwo Kobiece, grupa wydawnicza Znak, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Otwarte.

Poza tym blogerzy pozytywnie wypowiadają się o wydawnictwach: Grupa Wydawnicza FOKSAL, Wydawnictwo Jaguar, Oficynka, Wydawnictwo Muza SA, Wydawnictwo Videograf SA, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Wydawnictwo Feeria, Wydawnictwo Albatros, Wydawnictwo HarperCollins Polska, Wydawnictwo Czwarta Strona, Wydawnictwo Papierowy Księżyc, Wydawnictwo Akurat, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Wydawnictwo Editio, Wydawnictwo Egmont.

Teraz zamieńmy się miejscami…

…i sprawdźmy, co mają do powiedzenia wydawcy. Większość z nich jest zgodna co do tego, że współpraca z blogerami to jedna z najbardziej istotnych form promocji książek – w końcu dziś to właśnie Internet, a nie prasa, radio czy telewizja, jest pierwszym źródłem informacji. Czy są zadowoleni? Generalnie tak, ponieważ rozważnie dobierają osoby do współpracy. Już pierwsza wiadomość ze strony blogera – napisana zwięźle i poprawnie – potrafi wiele powiedzieć o tym, czy warto przejść do dalszych ustaleń. Wydawnictwo Albatros pisze tak:

Współpracujemy z blogerami przy promocji każdego tytułu, który jest nowością lub wznowieniem. Jest to więc jedna ze składowych promocji każdej książki. (…) blogerzy są dla nas bardzo ważnym ogniwem, ponieważ nie tylko sami kupują i czytają książki, ale i za pomocą bloga, Instagrama czy FB potrafią trafić do podobnych sobie czytelników. Innymi słowy są po prostu ludźmi w mniejszym lub większym stopniu znającymi się na literaturze, potrafiącymi o niej pisać i mówić. Potrafią ją również ładnie zaprezentować na publikowanych przez siebie zdjęciach, co także jest bardzo ważne.

Niestety i tutaj zdarzają się mniejsze i większe wpadki: utrudniony kontakt, niedotrzymywanie terminów, kopiowanie innych recenzji bądź parafrazowanie tekstu okładkowego, pisanie opinii bez uprzedniego przeczytania książki, brak mocnej argumentacji. Jak zauważyło Wydawnictwo HarperCollins, gorzej współpracuje się z młodszymi osobami, najwyraźniej łasymi na „darmowe” egzemplarze, a którym brakuje doświadczenia:

Odzywają się do nas nawet osoby w wieku 13 lat. Niestety osoby młodsze nie zawsze wybiorą odpowiednią dla siebie książkę, mają też większy problem z dotrzymaniem zasad współpracy i terminów.

Jedno jest pewne: nie zaszkodzi, gdy bloger określi, jaki gatunek czy nawet konkretny tytuł interesuje go najbardziej. Wydawnictwom wbrew pozorom nie chodzi o to, by o książce „mówić byle co, byle mówić” – chodzi o to, by blogerzy mówili o tym, na czym się znają i co lubią.

Autorzy głosu nie mają – czyżby?

Piszemy o współpracy na płaszczyźnie Bloger & Wydawnictwo, a gdzie w tym wszystkim pisarz? Ano pisarz najczęściej stoi z boku, przygląda się uważnie i czyta te recenzje, i czyta, i czyta… i niewiele może powiedzieć, bo każda uwaga z jego strony kończy się zdaniem: „nie potrafi przyjąć krytyki”. Z całą pewnością niepochlebne słowa mogą ukłuć czyjeś ego, ale czy tylko o to tutaj chodzi? Dziś pozwalamy mówić pisarzom i oto, co słyszymy: przekłamania w recenzjach odnośnie do noty biograficznej autora bądź fabuły to potknięcia, które się zdarzają. Tak samo, jak błędy ortograficzne, gramatyczne i stylistyczne. Na szczęście są to sporadyczne przypadki, większość recenzji pisanych jest rzetelnie i profesjonalnie. Do autorów często dochodzą słuchy, że czytelnicy sięgnęli po powieść po przeczytaniu referencji konkretnego blogera – to na pewno cieszy. Słowa Alka Rogozińskiego będą tutaj idealnym podsumowaniem:

Bloger blogerowi nierówny. Są fachowcy i są amatorzy. Są ludzie sympatyczni i są tacy, dla których słowo „kindersztuba” to nieznane pojęcie ze „Słownika wyrazów obcych”. Na szczęście proporcje wychodzą zdecydowanie na plus dla blogosfery. Oczywiście, że w gronie blogerów mam też osoby, które nie przepadają za moją twórczością. Ludzka rzecz. W końcu „de gustibus non est disputandum”. Staram się nie wchodzić z nimi w dyskusje, bo po pierwszych próbach polemiki zorientowałem się, że nie wszędzie jest ona mile widziana. Są blogerzy, którzy nie patrzą dalej, niż sięga czubek ich nosa. Na szczęście – tak jak wspomniałem – to jedynie wyjątki, a zdecydowana większość recenzentów to ludzie sympatyczni i z otwartymi umysłami.

Ogólny poziom recenzji oceniam dość wysoko. Sądzę też, że jest wiele blogów, które mają swoją renomę. Myślę, że po kilkunastu recenzjach i przeczytanych książkach czytelnicy zaczynają się orientować, czy gust blogera jest zbieżny z ich własnym, i jeśli tak właśnie jest, to potem mają już do niego zaufanie. Sam też mam blogi, w których sprawdzam, czy jakaś lektura potencjalnie może być dla mnie.

Czytasz – pokaż klasę

Jedni chcą czytać, drudzy chcą sprzedawać. Jedni chcą pełnowartościowych książek, drudzy szczerych recenzji. Nie naszą rolą jest osądzać czy dawać jakiekolwiek rady – celem redakcji czasopisma było ukazanie pełnego obrazu tego, jak wygląda współpraca recenzencka, ze wszystkimi jej jasnymi i ciemnymi stronami. Możemy jedynie zasugerować, aby jako zadanie domowe po przeczytaniu niniejszego artykułu każda ze stron zrobiła osobisty rachunek sumienia. Czy wywiązuję się z tego, do czego się zobowiązałem/am? Czy pamiętam, że po drugiej stronie monitora siedzi człowiek, z którym można porozmawiać i wszystko wyjaśnić? Czy szanuję pracę innych i swoją własną na tyle, by jasno mówić o swoich oczekiwaniach? Skoro wszyscy obracamy się wśród książek, pokażmy naszą otwartość i klasę – to bez wątpienia zaprocentuje.

***

Wpis powstał we współpracy z Ewą Brzozowską, ilustratorką i Surface Pattern Designerką – projektantką wzorów. W międzyczasie prowadzi bloga jako Freelance Mama, czyli mama na freelansie. Ewa jest autorką grafiki przedstawiającej wyniki ankiety dla blogerów. Serdecznie dziękujemy za współpracę!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGadżety blogera
Następny artykułKim my właściwie, kim my tu jesteśmy
Anna Tabak
Żona i mama. Absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie oraz pracownica jednej z krakowskich korporacji. Autorka powieści dla kobiet "Deadline na szczęście" oraz „Bursztynowy Anioł”.