Kłaniaj się nisko i pozwalaj na wszystko

159
rodzina

Rodzicielstwo i jego uwarunkowania społeczne mają bardzo ugruntowaną tradycję we współczesnym świecie. Często dopatruje się w tym czegoś wyjątkowego, niekiedy magicznego i sakralnego, a jednocześnie jest to proces niezwykle naturalny, wręcz pierwotny. Przez lata nagromadziło się wiele teorii na temat rodzicielstwa, dając początek różnym szkołom „trenowania” dzieci. Choć każda z nich opiera się na odmiennych metodach, to jednak ich cel z założenia jest wspólny – pomoc w wychowaniu dzieci na porządnych dorosłych. Czas obalić mity na temat idei przywiązania i rodzicielstwa bliskości.

Zanim zostałam mamą, z ciekawością obserwowałam rodzicielskie metody i sposoby na oszlifowanie tych trochę nierównych i momentami twardych diamencików, które w przyszłości miały cieszyć idealnie równymi krawędziami. Pomysły na wychowanie pojawiały się sezonowo, co rusz coś nowego, aby za moment powrócić do korzeni, skłaniając się ku tradycji. Za każdym razem, gdy miałam bezpośredni kontakt z jednym z tych trendów, nie zastanawiałam się, jak postąpię w przyszłości. Od początku miałam jasną wizję, jaką chcę być mamą. Jestem osobą uczuciową, kierującą się emocjami, z ogromną potrzebą kontaktu z drugim człowiekiem. Dlatego niewymuszenie i bez zastanowienia taką też postawę przyjęłam w relacji z moim dzieckiem.

Z chwilą, gdy dowiedziałam się, że biją we mnie dwa serca, wszystko potoczyło się bardzo naturalnie. Poddałam się w zupełności temu, co przynosiły kolejne dni. Bywało różnie – czasami nieporadnie, niezdarnie i stresująco, innym razem spokojnie i bez niepotrzebnych nerwów. Przez cały czas ufałam sobie, słuchałam swojej intuicji i wierzyłam w siłę rodzicielskich uczuć.

Bliskość, dotyk i uważność na potrzeby dziecka były i są dla mnie jedynym drogowskazem. Nie czuję się z tym wyjątkowo, nie oczekuję pochwał czy medalu. Moja postawa jest dla mnie oczywista i zupełnie naturalna, co więcej – to jedyna metoda wychowawcza, jaka jest mi znana. Jeszcze do niedawna nie wiedziałam, że mój macierzyński styl ma fachową nazwę i opisany jest w specjalistycznych książkach. Sądziłam, że bliskość to po prostu żarliwa potrzeba ludzi uczuciowych.

Być blisko

Rodzicielstwo oparte na silnej więzi i przywiązaniu jest znane od wieków. Nie jest to nowa technika ani sezonowy trend. To idea wykorzystywana w wielu kulturach i praktykowana przez rodziców na całym świecie. Jednak dopiero od niedawna w odniesieniu do tego stylu zaczęto stosować terminu „rodzicielstwo bliskości” (RB). Pomysłodawcą tego nazewnictwa jest amerykański pediatra, William Sears, który w swoich publikacjach przekonuje o słuszności RB.

Rodzicielstwo bliskości to nie tylko styl wychowania, który opisuje relacje opiekunów z dzieckiem. To przede wszystkim pewien sposób myślenia o wychowaniu małego człowieka oparty na instynkcie, zaangażowaniu i wrażliwości na potrzeby malucha.

Wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości nie jest zbiorem sztywnych reguł. Owszem, doktor Sears wymienia konkretne filary RB, pokazując narzędzia, którymi rodzice mogą się posługiwać, aby zbudować silną więź z dzieckiem. Niemniej, nie są to bezwzględne zasady. RB to nie hazard, tu nie obowiązuje reguła „wszystko albo nic”. Zgłębiając tajniki tej filozofii, bo tak też można postrzegać naukę Williama Searsa, szybko można się zorientować, że daje ona niesamowitą swobodę. Jej głównym założeniem jest maksymalne wspomaganie rozwoju dziecka poprzez odbieranie sygnałów, jakie maluch wysyła otoczeniu. Dostosowanie się do jego potrzeb i próba ich zaspokojenia sprawiają, że poznawanie i oswajanie nieznanego świata stanie się znacznie łagodniejsze dla małego człowieka.

Dowolność zaś kryje się w niepowtarzalnej osobowości dziecka. Każda istota jest inna, dlatego niemożnością jest stworzenie jednej, uniwersalnej metody, gwarantującej wychowanie młodego osobnika na porządnego dorosłego. To na nas, opiekunach, spoczywa przyjemny obowiązek dogłębnego poznania swojej pociechy i stania się ekspertami w odniesieniu właśnie do niej. Dzięki takiej otwartości i chęci zrozumienia mamy możliwość pokierowania małym człowiekiem, aby w przyszłości cieszyć się owocami swojej pracy. Sears dowodzi, że rodzicielstwo bliskości to styl, który w pełni spełnia warunki umożliwiające zbudowanie ciepłej, otwartej i pełnej zaufania relacji w rodzinie.

mama i córka

Kochać za mocno

Zadziwiające, że wychowanie oparte na intuicji, naturalnych odruchach, wrażliwości i uczuciowości może być tak żarliwie krytykowane. Oczywiście jawny sprzeciw byłby usprawiedliwiony, gdyby doprowadzić tę formę rodzicielstwa do ekstremum. Jednak wtedy należałoby się zastanowić, czy jest możliwe być blisko za bardzo i kochać za mocno? Co jest miarą miłości do własnego dziecka? Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, faktem jest, że RB bywa postrzegane jako kontrowersyjne. W sieci aż roi się od artykułów podających w wątpliwość zasadność idei przywiązania w opiece i pielęgnacji małego dziecka.

Z ciekawością przeczytałam niektóre teksty atakujące teorie Searsa i było mi przykro. Tak po ludzku przykro, ponieważ współcześnie mamy ogromny problem z komunikacją. Bezzasadne argumenty, które przyrównują zwolenników RB do świadków Jehowy czy nawiedzonych opiekunów narzucających swoje racje i metody wychowawcze, to tylko jeden z powodów niezrozumienia teorii więzi. Wszelkie negatywne głosy, z którymi się spotkałam, wynikały w większości z niewiedzy, czym w rzeczywistości jest rodzicielstwo bliskości. Wyciąganie błędnych wniosków i powielanie irracjonalnych stereotypów często było spowodowane po prostu nieznajomością nauki Williama Searsa.

Odmienność poglądów oraz dowolność podążania ścieżką rodzicielstwa, zgodną z wewnętrznymi przekonaniami, jest czymś zupełnie naturalnym. Również krytyka, o ile konstruktywna, jest uzasadniona, a nawet pożądana. Jednak gdy teoriom naukowym popartym badaniami przeciwstawia się nieprawdziwe zarzuty, mamy do czynienia z czystą ignorancją.

W Księdze rodzicielstwa bliskości doktor Sears poświęca cały rozdział obalaniu mitów narastających wokół RB. Odkąd idea przywiązania stała się popularna w środowiskach parentingowych, pojawiło się sporo fałszywych przekonań, które kreują wizerunek rodzicielstwa bliskości jako styl wychowania propagujący fanatyczne podporządkowanie się małemu terroryście, przy jednoczesnym bezwzględnym karmieniu piersią, wspólnym spaniu oraz obwieszaniu się chustami i nosidłami, jak na prawdziwego męczennika przystało.

Skupienie się na filarach RB jako hasłach, bez włożenia wysiłku w to, by dotrzeć do istoty rzeczy, tworzy kolejne bzdurne stereotypy; ze szkodą dla samej idei. W takim razie: czym rodzicielstwo bliskości jest, a czym nie jest? Co stanowi clue tworzenia silnej więzi z dzieckiem, a co jest krzywdzącym uproszczeniem?

Mity na temat rodzicielstwa bliskości

  1. RB to kolejny sezonowy trend

Fundamentalną kwestią jest uzmysłowienie sobie, iż rodzicielstwo bliskości to nie jest nowa technika wychowania dzieci. To nie moda ani fanaberia współczesnych, przewrażliwionych rodziców, ale coś znanego i praktykowanego od wieków w różnych kulturach na całym świecie. To styl rodzicielstwa, który z pewnością byłby stosowany przez opiekunów pozbawionych dostępu do wszelkich szkół wychowania. Opiera się on w zupełności na intuicji i wrażliwości na potrzeby dziecka, na silnej dążności do bycia blisko i na szacunku do drugiego człowieka.

Oczywiście istnieją pewne wskazówki, tzw. filary RB, które mają za zadanie wspomóc rodziców w nawiązaniu właściwej więzi ze swoją pociechą. Niemniej nie stanowią one bezwzględnych zasad, którymi należy się kierować, aby jednoznacznie określić, iż mamy do czynienia z filozofią rodzicielstwa opartą na przywiązaniu.

  1. RB opiera się na długim karmieniu piersią, spaniu w jednym łóżku oraz noszeniu dziecka w chuście

Owszem, wyżej wymienione czynności to jedne z filarów RB, popierane przez doktora Searsa, które mogą pomóc w budowaniu silnej więzi bliskości. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że nie są to bezwzględne atrybuty tej idei. Sears wielokrotnie podkreśla w swoich rozprawach, że możliwe jest wychowanie dziecka w duchu RB bez konieczności przestrzegania wszystkich filarów.

To błędne przeświadczenie jest silnie związane z kolejnym mitem, który pojawił się w odniesieniu do RB. Mianowicie, że filozofia przywiązania jest pewnego rodzaju męczeństwem i niesamowitym poświęceniem rodziców wobec dziecka. To ogromne uproszczenie. Otóż, zgłębiając naukę Williama Searsa, bardzo szybko można się zorientować, że główne założenie RB to zdrowa, szczęśliwa i otwarta rodzina – nie tylko dziecko, ale także mama, tata i pozostali członkowie. Dopiero zachowanie równowagi w zaspokajaniu potrzeb wszystkich bliskich może zagwarantować spokój rodziny. Dlatego gdy ktoś z zaangażowanych nie czuje się komfortowo w sytuacji określanej jako jeden z filarów RB, ma pełne prawo i swobodę w pominięciu tego kroku.

  1. Dzieci wychowane w duchu RB są rozpieszczone, niesamodzielne i egoistyczne

Obawa związana z psuciem młodego osobnika poprzez nadmierną czułość prawdopodobnie wynika z identyfikowania stylu bliskości z pobłażliwością i całkowitym podporządkowaniem. Warto jednak zaznaczyć, że przeświadczenie o umiejętnościach manipulacji dorosłymi przez niemowlę jest po prostu niemądre. Jedyną formą języka, jaką zna kilkumiesięczne dziecko, jest płacz. Gdy jest mu źle, jest głodne, coś go uwiera, boli, a może najzwyczajniej w świecie chce poczuć kogoś, komu ufa – to krzyczy. Szybka reakcja i nauka rozpoznawania oczekiwań swojej pociechy to nie rozpieszczanie, a wrażliwość na jej potrzeby.

Dziecko wychowane w duchu bliskości i przywiązania wzrasta w szacunku dla uczuć drugiego człowieka. Jest empatyczne i chętne do niesienia pomocy, bo taki wzorzec jest mu znany. Ponadto maluch, którego potrzeby są zaspokajane w pierwszym okresie jego życia, jest później zazwyczaj osobą otwartą, dobrze czującą się wśród innych i samodzielną. Troskliwe wspieranie rozwoju dziecka w wieku zależnym od dorosłych owocuje niezależnością w przyszłości.

  1. RB to bezstresowe wychowanie, w którym nie ma zasad i pozwala się dziecku na wszystko

Zacznijmy od tego, czy istnieje coś takiego jak bezstresowe wychowanie? Czy jest możliwe wspomaganie rozwoju dziecka bez sytuacji nerwowych zarówno dla malucha, jak i dla dorosłych?

Jasne granice, które gwarantują równowagę emocjonalną i współżycie członków danej społeczności, są elementarnym szczeblem w budowaniu zdrowej i szczęśliwej rodziny. RB nie jest tu wyjątkiem. Rozpoznawanie i zaspokajanie oczekiwań niemowlaka jest bardzo wymagające, niekiedy męczące i frustrujące. Dlatego wyznaczenie zasad, które idą w parze z konceptem idei przywiązania, jest niezwykle istotne. Jeśli opiekunowie czują się wypaleni, rodzicielstwo nie sprawia im przyjemności, a potęguje tylko samotność i niemoc, to znak, że równowaga została zachwiana i niezbędna jest pomoc.

Wprowadzanie jasnych reguł nie powinno stanowić problemu – przecież RB opiera się na dogłębnym poznaniu swojego dziecka, które ufa rodzicom bezgranicznie. Zaakceptuje granice, jeśli będą one stałym elementem jego codzienności. Należy również mieć na uwadze, że filozofia bliskości to także umiejętność odmawiania. Przyzwyczajenia, zachcianki i pobłażliwość nie są synonimami przywiązania i należy nauczyć się je odróżniać od potrzeb malucha.

Pamiętajmy również, że decydując się na rodzicielstwo, musimy zdawać sobie sprawę, iż to nie dziecko powinno wpasować się w styl naszego życia – to rodzic jest zobowiązany stworzyć bezpieczny świat dla swojej pociechy. Być może wielu młodych opiekunów ma poczucie, że dziecko podporządkowuje sobie dorosłych. Faktycznie tak jest, ale wynika to z faktu, że nie jest ono w stanie samo o siebie zadbać.

  1. Rodzicielstwo bliskości jest przeznaczone wyłącznie dla małych i zdrowych dzieci oraz dla niepracujących matek

Oczywiście wspaniale byłoby być wiernym bliskości od pierwszych wspólnych chwil z maleństwem, ale przecież nigdy nie jest za późno na zmiany. Po prostu małe dziecko szybciej przystosuje się do takiej opieki, bo innej nie zna. Ze starszym potomkiem może to być początkowo trudniejsze, ale nie niewykonalne. Relacja oparta na przywiązaniu i poszanowaniu dla drugiego człowieka jest zawsze dobrym krokiem wychowawczym.

Nieprawdą jest również, że RB sprawdzi się jedynie u zdrowych dzieci, których rozwój przebiega prawidłowo. Każdy człowiek – zdrowy czy chory – zasługuje na ciepło, bliskość i wyjątkowe, empatyczne traktowanie. Wychowanie w duchu idei przywiązania pozwoli dziecku o większych potrzebach na rozwinięcie swojego potencjału. Rodzicom zaś ułatwi akceptację niepełnosprawności.

Kolejnym mitem, z którym należy się rozprawić, jest przekonanie, że RB jest wyłącznie dla matek, dodatkowo niepracujących. Bzdura. Współcześnie zaangażowany ojciec nie jest nadzwyczajnym okazem. To zupełnie naturalne, że tata aktywnie uczestniczy w życiu dziecka już od pierwszych jego chwil na świecie. Ponadto wierność bliskości z większą swobodą i skutecznością pozwoli na podtrzymanie silnej więzi z dzieckiem po powrocie do pracy – czy to matki, czy ojca.

tata i dziecko

Opowieści o rodzicielstwie bliskości

Pozornie RB może wydawać się szalenie trudne i jawić się jako niekończący się maraton zaspokajania potrzeb malucha. Po części to prawda, bo początki rozpoznawania języka niemowlęcia bywają niekiedy frustrujące, ale z czasem wzajemne porozumiewanie się powinno przebiegać sprawniej.

Z pewnością każdego rodzica dopadają chwile zwątpienia i zniechęcenia. W takich momentach najlepiej poszukać wsparcia u innych rodziców, dla których równie istotne jest zaufanie intuicji w budowaniu bliskiej więzi z własnym dzieckiem. Ich słowa mogą być potwierdzeniem, że podążamy właściwą rodzicielską ścieżką.

Jeszcze w ciąży dostałam „Księgę rodzicielstwa bliskości”, okazało się, że wskazówki tam zawarte, są bardzo bliskie sposobowi, w jaki intuicyjnie chciałam wychowywać mojego syna. Od maleńkości podążamy za jego potrzebą bliskości i zrozumienia. Jesteśmy na wyciągnięcie ręki zawsze, kiedy tego potrzebuje. Po czterech latach widzimy, w jaki sposób takie wychowanie procentuje – syn ma do nas pełne zaufanie, wie, że zawsze może na nas liczyć. Uczymy go uważności na drugiego człowieka, przy jednoczesnym zaspokajaniu własnych potrzeb. Rośnie nam mały mądry człowiek.

Klaudyna, mama czteroletniego Tymka

Gdy dowiedziałem się, że zostaniemy z żoną rodzicami, od początku wiedziałem, że chcę być obecnym ojcem. Dlatego uczęszczałem z żoną na badania, wieczorami dotykałem i mówiłem do coraz większego brzucha. Bałem się, to normalne, bo w budowanie mojej więzi z dzieckiem musiałem włożyć trochę więcej wysiłku niż żona. Kiedy po 10 godzinach akcji porodowej okazało się, że należy wykonać zabieg cesarskiego cięcia, to ja byłem przy żonie i jako pierwszy przytuliłem naszą córeczkę.

Tak się szczęśliwie ułożyło, że byliśmy nierozłączni przez pierwsze dwa miesiące życia Lilki. Od początku angażowałem się w każdą czynność: kąpałem Lili, przebierałem ją, nosiłem, tuliłem, kangurowałem i wychodziłem na spacery. Przejąłem również większość obowiązków domowych, bo wiedziałem, że moja żona potrzebuje dużo wsparcia i odpoczynku. Nie uważam, że moje postępowanie było wyjątkowe lub niezwykłe, to było zupełnie naturalne i wynikało z wewnętrznej potrzeby. Od ponad roku staramy się reagować na potrzeby naszej córeczki, być przy niej blisko, aby w przyszłości miała pewność, że zawsze może na nas liczyć. Teraz jest radosną, lubiącą ludzi (szczególnie dzieci) dziewczynką, a my jesteśmy obok, by ją wspierać w odkrywaniu świata.

Arkadiusz, tata czternastomiesięcznej Lilianki

Maciuś to nasz największy dar, nasza mała, kochana istotka, która wypełnia całe nasze życie. Kochamy naszego Synka całym sercem i chcemy, aby był szczęśliwy. Wiemy, jak ważne są uczucia, dlatego ciągle je okazujemy – nie dlatego, że tak trzeba, wypada, ale dlatego, że tak właśnie czujemy i chcemy. Nasz dzień wypełniony jest ciągłymi „przytulasami”, całusami, słowami „KOCHAM CIĘ”, uśmiechem Maciusia i naszym, wspólną zabawą, tańcami, śpiewankami, bajkowaniem. W relacji z Synkiem najważniejsza jest dla nas bliskość i wsłuchiwanie się w jego potrzeby, aby móc dać mu to, czego od nas oczekuje.

Joanna i Kamil, rodzice czternastomiesięcznego Maciusia

O rodzicielstwie bliskości zaczęłam czytać, kiedy mój syn miał 5 miesięcy. Żałuję, że nie przeczytałam tych wspaniałych książek jeszcze w ciąży. Uniknęłabym styczności z poradnikami mówiącymi, jak wytresować dziecko tak, żeby spało, jadło i uśmiechało się, kiedy my chcemy. Na szczęście zdrowy rozsądek nie pozwolił mi na stosowanie metod, które kroiły moje serce, np.: niech się wypłacze, tylko tak zrozumie; nie noś go na rękach, bo się przyzwyczai. Dziecko przyzwyczaja się do noszenia przez 9 miesięcy w brzuchu, możemy je co najwyżej odzwyczajać, pomalutku.

Rodzicielstwo bliskości to dla mnie przede wszystkim szacunek i traktowanie dziecka od początku jak człowieka, a nie jak dziecko, które musi się nauczyć dostosowywać do nas, które ma mniejsze potrzeby, którego zdanie jest mniej ważne. Często słyszymy sformułowanie: to tylko dziecko. Tylko czy aż? A gdyby tak zacząć mówić: to tylko kobieta?

Dziecko jest człowiekiem, ma prawo wyrażać swoje zdanie, a że jest malutkie, robi to, płacząc. Naszym dorosłym ramieniem otaczamy je i uczymy zachowań, które pomogą mu komunikować się ze światem i wyrażać swoje uczucia oraz potrzeby. Po pewnym czasie nasze dziecko przestanie tupać nogami, krzyczeć, kłaść się na podłodze w ramach protestu. Zacznie reagować tak, jak je nauczyliśmy. I to może być: proszę, nie rób tak, bo mnie to denerwuje; nie rób tak, bo to mnie boli; chodź, przytulę Cię, lub: co ryczysz, nic się nie stało; to nie jest ważne; przestań do mnie mówić; też Cię uszczypnę, o widzisz?; posiedzisz sam, to Ci przejdzie. I na przykładzie własnych dzieci mogę powiedzieć, że to wszystko pięknie rozkwita albo wypełza, w zależności od metod, już u trzylatka.

Jakiego dorosłego chcesz wychować? – takie pytanie warto sobie zadać, kiedy kusi nas, by zareagować szybko i nie tak, jak należy. Co chcesz mu przekazać, jak chcesz, by traktował innych ludzi? Jak chcesz, by traktował siebie? Z szacunkiem, poszanowaniem własnych granic? Wychowywanie w duchu rodzicielstwa bliskości to nic innego jak wzajemny szacunek, cierpliwość, empatia i uważność na drugą osobę. To również szanowanie własnych granic, to możliwość powiedzenia dziecku: kochanie, teraz się z Tobą nie pobawię, bo boli mnie głowa.

Jestem zdania, że dzieci się nie wychowuje, ale z dziećmi się żyje. Rodzicielstwo bliskości wspaniale zmieniło komunikację w naszym domu. Wyczuliło nas na swoje potrzeby i pięknie rozwinęło również uważność na męża. To wspaniałe słuchać, jak trzylatek potrafi powiedzieć: tato, połóż się, bo jesteś zmęczony. I mówi to, zanim ja zauważę, że faktycznie zmęczenie gra na jego twarzy. Takie chwile uświadamiają mi, jak mocno rozwijają inteligencję emocjonalną wszystkie te momenty, kiedy tłumaczymy dziecku emocje i to, co się z nim dzieje, kiedy np. nie radzi sobie ze złością. Kiedy mówimy: widzę, że jesteś zdenerwowany, chodź, może chcesz porzucać poduszką albo porysować, zamiast: przestań się mazać!

Pozwolenie na emocje, na bycie sobą to najpiękniejszy prezent, jaki można sobie dać w rodzinie. Kiedyś nieopatrznie powiedziałam synowi: nie płacz już tak, bo głowa mi pęka. Następnego dnia, kiedy moja córeczka płakała, bo wyrzynały jej się ząbki – syn wyparował: nie płacz już, bo głowa nam pęka, na co córeczka zaczęła zawodzić jeszcze mocniej. Bardzo mnie to dotknęło. Już więcej tak nie powiedziałam. Dzieci chłoną jak gąbka, wyjmujemy z nich dokładnie to, co wkładamy. Ujarzmianie swojego rodzicielskiego zmęczenia, czasem frustracji czy braku cierpliwości czyni nas na co dzień lepszymi ludźmi. Pięknie rozwija nasze umiejętności komunikacyjne i pobudza empatię.

Myślę, że rodzicielstwo bliskości to trochę powrót do tego, co było kiedyś, przed erą tabletowych relacji. Kiedyś naturalne były rozmowa, noszenie dziecka w chuście, zasypianie z nim, karmienie piersią i tłumaczenie świata. Dzisiaj wszystkie wynalazki ułatwiające nam opiekę nad dziećmi utrudniają ich zrozumienie. Bo zamiast przytulić i wsłuchać się w płacz dziecka, odkładamy je do wibrującego bujaczka i włączamy biały szum, by je uspokoić. Nie jestem przeciwna wynalazkom ułatwiającym życie maluchów i rodziców, ale warto najpierw posłuchać, co mały człowiek ma nam do powiedzenia.

Może to nie kolka, nie bunt, nie foch, a zwykła ludzka potrzeba bliskości.

Marzena, mama trzyletniego Tymka i rocznej Luizy

mama i dziecko

W dobie totalnego przyspieszenia i dominacji zaawansowanej techniki niezwykle ciężkie bywa podtrzymanie bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości gwarantuje harmonijność, czułość, wzajemne poszanowanie i wrażliwość. To takie proste, naturalne, a często zapomniane. Co więcej, uważane za wymysł, pobłażliwość i zbyt trudne do wykonania w codziennym biegu. W rzeczywistości idea przywiązania nie powinna sprawiać kłopotu, bo w zupełności opiera się na intuicji i zaufaniu własnym przekonaniom.

Rodzicielstwo bliskości daje spokój i pewność, że to Ty wiesz, co jest najlepsze dla Twojego dziecka. Zawierz sobie i bądź blisko.

Literatura:
W. Sears, M. Sears, Księga rodzicielstwa bliskości, Warszawa: Wydawnictwo „Mamania”, 2013, ISBN 978-83-62829-19-4.